Judeo-sataniści przeciwko abp. Stanisławowi Wielgusowi.

Sprawa manipulacji środowisk judeo-satanistycznych w struktury Kościoła w Polsce najlepiej opisał pan Henryk Pająk na przykładzie Abp. Stanisława Wielgusa. Zamordowany i złożony w ofierze przez swych ziomali Lach Kaczyński był kluczową postacią która umożliwiła nominację kardynalskie dla wyznawców opozycji wobec Wszechmogącego Boga w Polsce. Kardynał Nycz jest najlepszym dowodem służby opozycyjnej wobec Polaków Narodu Wybranego oraz Boga hołdując zasadzie im podlej tym lepiej. Ostatnia nominacja ks. Markowskiego de facto rozbójnika na miejsce pijaka jako biskupa pomocniczego jedynie potwierdza głoszone przez niego herezje, a czyny niegodne lub wręcz kryminalne Kurii w Warszawie ukazują prawdziwe światło na problemy w tym mieście gdzie pedofilia schodzi na drugi plan.

Pijak bp. Jarecki pozdrawia wiernych na pogrzebie prof. Szaniawskiego znakiem judeo-satanistów !

Pijak bp. Jarecki pozdrawia wiernych na pogrzebie prof. Szaniawskiego znakiem judeo-satanistów !

W czasach żydobolszewickiej PRL niepokornych księży mordowano fizycznie. W czasach „Czwartej RP” proklamowanej przez Kaczyńskich, duchownych się nie likwiduje fizycznie, tylko kamienuje moralnie, to znaczy amoralnie.
Łajdacki spisek przeciwko temu duchownemu uknuto dlatego, że rządzącym w „Czwartej RP” judaszom i faryzeuszom był on wyjątkowo niewygodny w funkcji metropolity warszawskiego. Syn chłopa z wielodzietnej rodziny. Wybitny filozof, katolickiej ortodoksji fundamentalista. No i patriota polski. Śmiało w swych pracach naukowych, homiliach demaskujący współczesny libertynizm, „otwieranie” Kościoła na niszczycielski modernizm i ekumenizm, który jest niczym innym jak globalizmem na gruncie religii.
Pragnę tu przedstawić metodologię tego unicestwienia, jako przykład i memento – że w każdej chwili to samo mogą zmontować przeciwko każdemu duchownemu, który nie będzie odpowiadał ich oczekiwaniom, normom, ich planom, ich nienawiści do Kościoła katolickiego.
Opisując tę metodologię pragnę wykazać, jak jest niszczony wewnętrznie widzialny, instytucjonalny Kościół Chrystusa w Polsce. Gdyby porównać lincz na Arcybiskupie z procesem Chrystusa przed Piłatem, należałoby stwierdzić, że Chrystus był w lepszej sytuacji.
Chrystusa zdradził tylko jeden z apostołów. Wyparł się tylko jeden z nich. Tu Arcybiskupa wyparli się prawie wszyscy „apostołowie” Kościoła w Polsce. „Prawie”, bo w jego obronie wystąpił natychmiast i jednoznacznie ustępujący Prymas J. Glemp. Pozostali milczeli, albo wydawali ezopowe komentarze.
Wrogowie Kościoła, bo przecież nie wrogowie samego Arcybiskupa, z uciechą zacierali pulchne łapki na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Zarówno wrogowie jak i wierzący w Polsce otrzymywali dowód, że w „naszym kraju” już nie istnieje solidarna wspólnota Kościoła hierarchicznego A tym samym nie istnieje, bo nie może z tego właśnie powodu istnieć wspólnota wiernych. Ci byli jednak usprawiedliwieni, choć tylko częściowo. Urządzono im spektakl kłamstw i oszczerstw, po którym mógł zwątpić w prawdomówność i postawę Arcybiskupa niemal każdy. Tylko, że wspólnota wiernych polega chyba głównie na tym, że nawet winnemu hierarchowi przynależy się solidarność -wiernych. To przecież warunek istnienia takiej wspólnoty. I właśnie jej zabrakło.
Tak zgnojono, tym razem fizycznie, biskupa Czesława Kaczmarka w 1951 roku, oskarżonego o „szpiegostwo”, a na dokładkę o „współpracę z hitlerowcami” – wtedy najgorsze przestępstwa z wszystkich możliwych. Wtedy właśnie wdeptał biskupa Kaczmarka w ziemię Tadeusz Mazowiecki, publicysta „Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego”, publikacją z 27 września 1953 roku. Pisał „ w imieniu polskich katolików”. Napisał o księdzu biskupie C. Kaczmarku jako dywersancie Polski Ludowej, działającym na szkodę Kościoła w Polsce.
To norma, klasyka: najbardziej są zatroskani „dobrem” Kościoła właśnie „nietutejsi” usadowieni w organizacjach, strukturach i mediach „katolickich”. Tak było wtedy, tak było i teraz w przypadku arcybiskupa Wielgusa. Najbardziej furiacko, acz zawsze z „zatroskaniem” atakowali Arcybiskupa faryzeusze z prasy „katolickiej”; z „katolickiej” „Więzi”, z „katolickiego” „Tygodnika Powszechnego”. Były najbardziej niebezpieczne, bo pozorowały głosy oburzenia z wewnątrz struktur kościelnych.
Z księdzem abp Stanisławem Wielgusem stało się później dokładnie tak, jak z monstrualną prowokacją w Jedwabnem. Zawaliło się całe kunsztowne rusztowanie, na którym wznieśli szubienice dla Polaków z Jedwabnego i szubienicę dla księdza abp Wielgusa, ale wyrok został utrzymany, poszedł w świat, zabalsamowany in secula seculorum.
Bo Arcybiskup wbrew temu co z góry okrzyknięto, nie przyznał się do winy, do współpracy z Bezpieką. Nie udowodniono mu podpisania dokumentu o współpracy. Nie znaleziono ani jednego raportu księdza Wielgusa w dokumentacji esbeckiej. Nie potwierdziły się oskarżenia „Gazety Polskiej”. Nie potwierdziły się oskarżenia tzw. „Komisji Kościelnej”, bo i praktycznie nawet nie wiadomo, kto spreparował jej komunikat końcowy. Nie potwierdziły się „ustalenia” tzw. „Komisji Historycznej” powołanej przez „rzeźnika” praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego w składzie, który gwarantował sporządzenie komunikatu zgodnego z oczekiwaniem wrogów Kościoła i Polski. Postaramy się to omówić, krok po kroku, kłamstwo po kłamstwie, prowokacja po prowokacji.Pierwszą salwę w kierunku abp Wielgusa oddał tygodnik „Gazeta Polska”, piórem jej redaktora naczelnego Tomasza Sakiewicza. „Gazeta Polska” jest prostą kontynuacją żydomasońskiej „Gazety Polskiej” kierowanej poprzednio przez Piotra Wierzbickiego.
Przez szereg lat zręcznie udawał on wraz ze swoją gazetą orientację propolską, antykomunistyczną, reformatorską. Z antykomunizmu szybko wylazło antykatolickie żydło z worka, a kiedy „GP” została jednoznacznie rozpoznana przez polskich czytelników jako żydomasońska fałszywka, jej poczytność gwałtownie spadła. Wierzbicki odszedł z redakcji, na jego miejsce nastał Tomasz Sakiewicz. Jego wizytówką polityczną i zwłaszcza moralną z zakresu etyki dziennikarskiej stał się stek bezpodstawnych w świetle dokumentów, ataków na arcybiskupa S. Wielgusa. Poczytność tygodnika gwałtownie wzrosła, a pod koniec lata znów poszybowała w dół razem z „aferą” abp Wielgusa.
Zaczęło się od strony internetowej „salon 24.pl”. Pojawiła się sensacyjna informacja:
– Z dokumentów, do których dotarła „Gazeta Polska” / „dotarła! — warto zapamiętać to niepozorne słowo — H.P./ wynika niezbicie /„niezbicie”! – H.P./, że nowy metropolita warszawski, arcybiskup Stanisław Wielgus przez ponad 20 lat współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa, nosił kryptonim „Adam”. Jak wynika z dokumentów, oficer prowadzący chwalił jego oddanie i pełną dyspozycyjność. Zachowania obecnego metropolity nie zmienił ani stan wojenny, ani męczeńska śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Dziś abp Wielgus jest jednym z największych krytyków lustracji.2 Szczegóły w środowym numerze „Gazety Polskiej”.
Podpisano: Redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz.
Sakiewicz skłamał tu po raz pierwszy w tej sprawie. W tym momencie nie „dotarł” ani nie posiadał zapowiadanych dokumentów, ani nawet nie znał do-
1 Korzystam tu z cyklu publikacji Sebastiana Karczewskiego w „Naszym Dzienniku” z lipca i sierpnia 2007 roku. „Nasz Dziennik” był jedynym pismem, które wzięło w obronę Arcybiskupa, metodycznie analizując „dowody” współpracy z SB. Po prostu T. Sakiewicz nie posiadał kopii tych dokumentów, ani się wtedy z nimi — kopiami czy oryginałami, nie mógł zapoznać.
Artykuł ukazał się w „GP 20″ grudnia 2006 r. Informacje zawarte w tym artykule już nie pokrywały się z treścią zapowiedzi w internetowej stronie „salon 24.pl”.
Kolejny dowód: w przeddzień publikacji w „GP” – 19 grudnia, w drugim programie TV o godz. 18.30 Sakiewicz, rzekomo powołując się na znane mu dokumenty, stwierdzał:
– Nie chodzi o przypadkową współpracę. Nie chodzi o kogoś, kto się dał raz złamać czy popełnił jakiś błąd. Chodzi o wieloletnią, wieloletnią współpracę, która była bardzo wysoko ceniona przez Służbę Bezpieczeństwa. To naprawdę był jeden z ważniejszych agentów SB w Kościele.
Tego samego dnia, 19 grudnia 2006 roku Tomasz Sakiewicz pluł dalej na księdza Arcybiskupa w magazynie „24 godziny” w TVN 24 o godzinie 21. Powiedział, że dokumenty, na których powstał artykuł, są „tożsame z tymi, które znajdują się w archiwum IPN”. Dodał, że pokazanie tych dokumentów spowodowałoby natychmiastowe ujawnienie naszych informatorów”.
Analizując te wypowiedzi Sakiewicza, publicysta „Naszego Dziennika” Sebastian Karczewski ustalił pierwszą „nieścisłość” w rewelacjach Sakiewicza. Przedtem Sakiewicz powiedział, że „dotarł do dokumentów”, natomiast potem mówił o posiadanych „informacjach”. Potwierdza to artykuł „Tajna historia arcybiskupa”. Mówi się tam, że „Gazeta Polska” „dotarła do informacji dotyczących przeszłości nowego metropolity”.
Kolejny przekręt Sakiewicza dotyczy całkowicie mylnej, innej sygnatury akt. Kiedy na „czołówce” z 3 stycznia 2007 roku ukazała się w „GP” kolejna „rewelacja” o Arcybiskupie, pisano o numerze akt J7207. W tym samym numerze „GP” ukazała się jeszcze jedna publikacja o Arcybiskupie, autorstwa Katarzyny Hejke – wspomniany artykuł „Tajna historia arcybiskupa”, w którym autorka powoływała się na dokumenty nr: IPN BU 01285/3.
Ale to tylko drugorzędne „nieścisłości”. Przejdźmy do istotnych, które wskazują, że „przeciek” z IPN mógł być spowodowany przez trzech dżentelmenów z tzw. „zespołu” rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego w osobach: prof. A. Paczkowski /nieformalny „urzędowy” ekspert wszystkich telawizji do spraw historycznych/, Zbigniew Nosowski i ks. Tomasz Węeławski. O tym „zespole” za chwilę, bo kserokopia dokumentów z teczki przypisywanej abp Wielgusowi opublikowana na stronach internetowych, jest datowana na 4 stycznia, wydana z Instytutu Pamięci Narodowej nosi dokładnie tę samą datę – 4 stycznia! Taka data występuje na ostatniej stronie obok sygnatury. Pod datą widnieje nazwisko; Mysakowska.3
Tak więc kopie dokumentów, które 4 stycznia „GP” zamieściła na swojej stronie internetowej, zostały im udostępnione do czytania lub tylko streszczone ustnie dokładnie tego samego dnia i pochodziły z Instytutu Pamięci Narodowej!
I właśnie tego dnia mieli do nich dostęp wspomniani trzej „eksperci” z „zespołu” rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego.
Co to za eksperci, jakie mieli szanse ekspresowo „wyekspertować” przestępstwa abp S. Wielgusa, co były warte ich „ekspertyzy” – o tym poniżej.
Zacznijmy od samego rzecznika praw obywatelskich, ozdobionego wspaniale brzmiącym nazwiskiem „Kochanowski”. Nie czas tu na dywagacje o jego preferencjach w zakresie pełnionej funkcji. Poprzestańmy na następującym incydencie. W marcu 2006 roku odbywał się proces bandziora, który zgwałcił i zamordował dziewczynę. Podczas procesu matka zamordowanej nazwała go „bydlakiem”. Bandzior obraził się i jego adwokat zażądał od matki zamordowanej 70 000 złotych odszkodowania za naruszenie jego dóbr osobistych! Miała się odbyć w tej sprawie osobna rozprawa, w której morderca zamienił się w ofiarę obelgi. Sprawa musiała oprzeć się o biuro Rzecznika Praw Obywatelskich, bo jego rzecznik prasowy o nazwisku Orszagh, natychmiast nazwał tego bandziora-mordercę „szambem”. Janusz Kochanowski zwolnił go za ten epitet z funkcji rzecznika! Zapewne zwolnił go nie tylko za to, ale „szambo” stało się chyba kroplą, która przelała prawdziwe szambo. Pamiętamy, jak o. T. Rydzyk nazwał sabat ciot rewolucji seksualnej u p. Prezydentowej „szambem”. Aż dziw bierze, że o. Dyrektor nie musiał za tę „obelgę” wybulić, plus minus około miliona złotych! Ciągnąc już tylko przekornie wątek „bydlęcia” dałoby się zapytać, dlaczego obrońcy praw zwierząt także nie zaskarżyli matki zamordowanej, tym razem o obrazę dobrego imienia bydląt? A powinni, bo bydlęta nie mordują i nie gwałcą!
Tak oto, kiedy prawo zmierza ad absurdum, ktoś musi być poszkodowany: ludzie czy bydlęta – wsio rawnol
Rzecznik Janusz Kochanowski powołał wspomniany „zespół” w składzie: prof. A. Paczkowski, Z. Nosowski i ks. T. Węcławski. Jednocześnie w tym samym dniu, z zawartością teczki abp. Wielgusa zapoznała się tzw. Kościelna Komisja Historyczna w składzie: ks. prof. dr hab. Jerzy Myszor, prof. Wojciech. Łączkowski, prof. dr hab. Zbigniew Cieślak, ks. prof. dr hab. Jacek Urban i ks. dr hab. Bogdan Stanaszek.
Uprzedzając orzeczenia obydwu eksperckich komisji należy zapytać, dlaczego obydwie komisje nie zadały sobie, a zwłaszcza kierownictwu IPN pytania, jak stamtąd „wyciekły” treści dokumentów do mediów? Takie pytania musiały pojawić się na samym wstępie, bowiem ten „przeciek” /kontrolowany?/ stanowił jawne naruszenie prawa. To samo pytanie należało już ponad pół roku temu od czasu gdy to piszę, postawić prokuraturze, a nie postawiono, ani ona go nie postawiła. Zmowa milczenia? Znak zapytania jest tu chyba zbyteczny.
Na chwilę powracamy do T. Sakiewicza. S. Karczewski w publikacji „Kłamstwo „Gazety Polskiej”, niestety opublikowanej dopiero pół roku po medialnym morderstwie na Arcybiskupie, oznajmiał expressis verbis, ii Sakiewicz w pierwszym programie TVP z 19 grudnia /godz. 15.00/ kłamał. Zarzucił naczelnemu „GP” umyślne kłamstwo, a ten nie podał go do prokuratury i sądu o naruszenie jego przecież nienaruszalnych dóbr osobistych. Na skutek tego milczenia, Sakiewicz zaczął od tej chwili być odbierany w tej misternie wyhaftowanej prowokacji jako manipulator i kłamca.
Sakiewicz stwierdził przecież ze śmiertelną powagą:
– Dokumenty były porażające i muszę powiedzieć, że sami autorzy byli przerażeni tym, co zobaczyli.
Tymczasem w wieczornym wydaniu „Wiadomości” z 19.30 już wycięto te „porażające dokumenty”. Może dlatego je wycięto, iż „porażeni autorzy” jednak ożyli, powstali, otrzepali zbrukane szaty cali i zdrowi.
W kłamstwach Sakiewicza nie było żadnych dowodów przeciwko Arcybiskupowi, toteż „mendia” zaczęły gorączkowo ich poszukiwać.
Na dzień przed paszkwilem „GP”, zabrał głos w Katolickiej Agencji Informacyjnej cieleśnie jeszcze żywy, a zawłaszcza wciąż jeszcze aktualny nowy metropolita ks. prof. Stanisław Wielgus oświadczając:
– Ktoś prawdopodobnie jest zainteresowany, aby mnie skompromitować w chwili, gdy obejmować będę urząd arcybiskupa warszawskiego. Kierowane wobec mnie oskarżenia wyrażane są być może z uwagi na moje poglądy ideowe, filozoficzne i społeczne, które niejednokrotnie prezentowałem, a z którymi wiele osób pewnie się nie zgadza. Prorocze słowa: chcą go skompromitować właśnie przed ingresem, a chcą skompromitować z powodu jego poglądów jako duchownego i filozofa.
Ks. prof. abp Wielgus przypomniał, że w czasach PRL każdy duchowny miał w Bezpiece swoją „teczkę”, a jego szykanowano już od 1965 roku za pracę z młodzieżą. Był „obsmarowywany” w lokalnych /lubelskich/ tubach propagandowych z inspiracji SB, musiał też stawić się na „rozmowy” ostrzegawcze w siedzibie tej strażnicy /nie/ bezpieczeństwa. Dodał też, że zgodnie z procedurami ustanowionymi przez Prymasa kard. Stefana Wyszyńskiego, o tych rozmowach informował swojego biskupa Piotra Kałwę, a ten nie zabraniał tych rozmów, tylko zalecał daleko posuniętą ostrożność i ogólnikowość. Nawiązał też do „słynnego” wkrótce wyjazdu do Niemiec, jako rzekomo powodu, dla którego nawiązał współpracę z Bezpieką:
– Gdy jechałem na stypendium naukowe do Niemiec, to musiałem napisać dokładnie, co będę robić w tym kraju i z jakich materiałów archiwalnych, jako historyk pragnę tam skorzystać. Podpisałem też oświadczenie, że nie będę podejmować /tam – H.P./ żadnych działań przeciwko Polsce Ludowej.
Wyjaśnienia Arcybiskupa już nie interesowały „mendiów”. Wyrok już zapadł. W audycjach telewizyjnych rozpoczęła jego metodyczna egzekucja „na raty”. „Panorama” w programie drugim TVP o godz. 18.30, ogłosiła w audycji Joanny Bukowskiej, iż abp S. Wielgus współpracował z Bezpieką przez 20 lat i był gorliwym donosicielem. W tym samym materiale „puszczono” Sakiewicza, który dobił Arcybiskupa cytowanymi już słowami: „Nie chodzi o przypadkową współpracę…
Łaskawie dano też głos oskarżonemu, który stwierdził:
– Próbowano mnie zwerbować do określonych działań, ale nigdy nie podjąłem żadnych działań wymierzonych przeciwko komukolwiek…
W tej samej audycji musiało paść i wreszcie padło pytanie o to, czy owe dokumenty znajdują się w IPN. Powołano się na prezesa J. Kurtykę, a ten odpowiedział:
– Jeśli są, to oficjalną drogą na pewno nie dostały się w ręce dziennikarzy.
W głównym wydaniu „Wiadomości TV I” rewelacje o ks. abp. Wielgusie były już głównym newsem. Tu już nie posługiwano się imperatywem: „współpracował”, tylko „miał współpracować”. Starannie też powoływano się na „Gazetę Polską” jako źródło informacji. Oznajmiano, że Arcybiskup „zdecydowanie zaprzecza” i że „W tle pojawiają się pytania, czy Watykan wiedział…” Wtedy właśnie wycięto poprzedni zwrot Sakiewicza o „porażających dokumentach”, ale w zamian za to Sakiewicz dorzucił frazę: „…człowiekiem, który przez SB był uważany za niezwykle cenne źródło informacji.”Tymczasem – dodajmy wyprzedzając czas i późniejsze ustalenia – przez następne ponad pół roku nie znaleziono ani jednego raportu tego „cennego źródła informacji”, nie odnaleziono deklaracji współpracy!
Wypowiedź Arcybiskupa starał się zdyskredytować Jacek Karnowski stwierdzeniem, że abp S. Wielgus „ostro krytykował lustrację” – w domyśle bo sam był donosicielem. Ten czarnooki i siarczyście kruczowłosy młodzian postarał się też zdyskredytować opinię watykanisty Salvatore Izzo, który miał stwierdzić, że nie ma takiego zagrożenia, iż Watykan nie znał dossier Arcybiskupa podejmując decyzję o jego nominacji na metropolię warszawską. Karnowski natychmiast obrócił tę wypowiedź przeciwko Watykanowi:
– Nie można też wykluczyć, że poprzez nominację arcybiskupa Wielgusa Watykan chciał wyrazić sprzeciw wobec lustracji księży.
Następnie inny „katolicki” publicysta T. Terlikowski stwierdził, że jeżeli Watykan wiedział, a mimo to nominował abp Wielgusa, to był to właśnie „taki sygnał” o dezaprobacie wobec lustracji duchownych.
Po nim wystąpił prezes IPN Janusz Kurtyka. Poinformował, że istnieją już dwie komisje historyczne, w tym komisja Episkopatu. Jeżeli komisja uzna potrzebę zapoznania się z dokumentami, to je otrzyma. I dodał spiesznie: „Jeżeli takowe będą”.
Tak więc prezes IPN wciąż nie wiedział, czy takowe dokumenty są w archiwach, czy „takowych” tam nie ma.
Komisja Historyczna powołana przez Episkopat działała już od kilku miesięcy zatem nie powstała w sprawie abp Wielgusa. Pojawiało się podstawowe pytanie: dlaczego akurat teraz, nagle znalazły się materiały obciążające abp S. Wielgusa: teraz, przed ingresem?
T. Terlikowski nieopatrznie „chlapnął”: – Wychodzi właśnie teraz, ponieważ teraz znamy tę nominację. Wcześniej nie była ona znana. Wcześniej były sugestie. Słowem, dokumentów i afery by nie było, gdyby nie nominacja! W publikacji „GP” z 20 grudnia Sakiewicz oznajmił:
— Daliśmy też biskupowi możliwość odpowiedzi na nasze pytanie.
Nie wyjaśnił, jaka to była „możliwość”. Otóż przed publikacją artykułu „nawiedził” abp Wielgusa pracownik IPN dr Jan Zaryn, współpracujący z „GP” dyrektor Biura Edukacji Publicznej w IPN. Podczas długiej rozmowy z dr. J. Żarynem, abp Wielgus zdecydowanie zaprzeczał swojej współpracy z SB. Zresztą dr Jan Zaryn zapewniał Arcybiskupa, że w IPN nie istnieją materiały go obciążające.
Ale tak naprawdę, to wykonawcami medialnego wyroku śmierci na abp .Wielgusie byli tzw. „katoliccy publicyści”. Stara to metoda od czasu dobijania biskupa Czesława Kaczmarka w 1953 roku prze „katolickiego” publicystę Tadeusza Mazowieckiego. Jednym z takich faryzeuszy był Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny katolickiej „Więzi”. Kiedy „Gazeta Wyborcza” 21 grudnia zamieściła artykuł już w tytule wyjaśniającym intencje:, „Bo judasz był biskupem”, to wewnątrz tego samego wydania „Gazety Koszernej” opublikowano dywagacje tegoż Zbigniewa Nosowskiego. Pozornie krytykując „Gazetę Polską” Nosowski zapytał: „Co dalej, gdyby się okazało, że jednak to prawda?
„Katolicki” publicysta, redaktor naczelny katolickiej „Więzi” nie zadał pytania odwrotnego: Co dalej, gdyby się okazało, że to nieprawda? To znaczy, że ukamienowano niewinnego człowieka? Hierarchę Kościoła katolickiego?
W dalszych dywagacjach Nosowski rozkazywał, co Arcybiskup ma robić:
– Powinien powstrzymać się przed objęciem nowego urzędu.
O to przecież toczyła sie ta brudna gra. Taktyka apriorycznej egzekucji kazała Nosowskiemu oraz innym „katolickim” publicystom całkowicie pominąć ewentualną „porażającą” okoliczność, że zarzuty mogą okazać się niesłuszne. Ta możliwość już ich nie porażała. Ba, ona nie istniała!
Odzywali się także inni, już nie „katoliccy” publicyści. Piekielnie czarnooki Piotr Semka z „Rzeczpospolitej” /21 grudnia/ z oburzeniem stwierdzał, że przez 15 lat biskupi nie zrobili nic, aby wyjaśnić sprawę „uwikłania” niektórych „duchownych w PRL”. Stosując ten sam trik pozornej krytyki „GP”, w istocie „dokładał” Kościołowi, bo, jak zapewniał,
– Informacje o kontrowersyjnych dokumentach w IPN na temat arcybiskupa pojawiły się w mediach jeszcze przed decyzją Stolicy Apostolskiej. I chyba od początku nie było wątpliwości, że jakieś dokumenty dotyczące arcybiskupa Wielgusa SB zgromadziła/…/Nic też nie wiadomo o tym, by ktokolwiek z polskiego episkopatu czy z nuncjatury występował do IPN o wgląd w takie dokumenty.
Ewa Czaczkowska w tejże „Rzepie” pytała:
– W jaki sposób Watykan poznał przeszłość metropolity warszawskiego, skoro strona kościelna nie występowała o dokumenty do IPN?
Powróćmy do dwóch przezacnych „komisji”. Impuls do powołania komisji przez rzecznika praw obywatelskich dało wystąpienie grupy senatorów z 21 grudnia do Janusza Kochanowskiego, z prośbą o interwencję w sprawie oskarżeń rzucanych pod adresem abp Wielgusa. Rzecznik Praw Obywatelskich namyślał się przez osiem dni nad odpowiedzią, gdy w tym czasie „mendia” metodycznie kamienowały abp. Wielgusa.
A przecież senatorowie pisali:
—… Akcja ta ma na celu burzenie i rujnowanie autorytetów moralnych w Kościele rzymskokatolickim, ale jest też uderzeniem w podstawowe wartości państwa polskiego. Senatorski Klub Narodowy stoi na stanowisku, że ani dziennikarze, ani nikt inny nie ma prawa szargać dobrego imienia kogokolwiek bez przeprowadzenia obiektywnego postępowania dowodowego, bez udokumentowania zarzutów i przesądzenia o ich zasadności w trybie przepisanym prawem…
Gdyby to była akcja burzenia autorytetów przedstawicieli rasy wyższej z gatunku Geremków, Michników, Krzaklewskich, Mazowieckich, na których przecież nie ma i nigdy nie będzie żadnych dowodów współpracy z Bezpieką, to co innego. A gdyby jednak jakimś cudem się odnalazły czy Jego Eminencja rzecznik praw obywatelskich nomen omen Kochanowski ruszyłby z odsieczą? W tym przypadku namyślał się osiem dni. Czas ten upłynął mu na podejmowaniu decyzji tylko o tym, czy powołać komisję czy nie powołać. Wreszcie podjął decyzję o powołaniu, no i powołał; powszechnie szanowanych, cieszących się najwyższym autorytetem moralnym i naukowym gigantów moralnych i naukowych. Powołał ich, aby byli łaskawi zapoznać się z odpowiednimi materiałami, o ile takie istnieją w Instytucie Pamięci Narodowej.4
Tak się oto dziwnie złożyło, że Rzecznik udzielił pisemnej odpowiedzi autorom odezwy dopiero 29 grudnia 2006 r., a właśnie dokładnie tego samego dnia dr Jan Zaryn z IPN „przesłuchał”, pardon – odbył rozmowę z abp S. Wielgusem. Tego też dnia inny nietykalny z Instytutu – dr A. Dudek poinformował na antenie Programu III Polskiego Radia, że w IPN odnaleziono zasadniczą część materiałów przeciwko abp. S. Wielgusowi.
Janusz Kochanowski podał nieprawdziwą, kłamliwą informację, iż powołał grupę „niezależnych ekspertów”, czyli prof. A. Paczkowskiego, Zbigniewa Nosowskiego oraz ks. Tomasza Węcławskiego. O tej „niezależności” wspomnianych ekspertów świadczą następujące fakty. A. Paczkowski, to były członek Kolegium IPN, rekomendowany przez Platformę Obywatelską, „adwokat stanu wojennego” który niegdyś poparł tendencyjne końcowe ustalenia w sprawie zbrodni w Jedwabnem.5 Po drugie: prof. Paczkowski i Z. Nosowski są wykładowcami na tej samej uczelni – Collegium Civitas, a ks. T Węcławski zasłynął jako publiczny oskarżyciel abp Juliusza Paetza /homoseksualizm/, które to oskarżenie publiczne, słuszne czy nie, księdza przez księdza, było wyjątkowo znamienne. Ks. Węcławski współpracował też z redakcją „Więzi”, a właśnie jej redaktorem naczelnym był trzeci „niezależny autorytet moralny – tenże Zbigniew Nosowski. Ks. T Węcławski współpracował również z antykatolickim „Tygodnikiem Powszechnym”, a właśnie z tym tygodnikiem był związany prof. A. Paczkowski.
Zaiste, miał doskonałego „nosa” Rzecznik Janusz Kochanowski, dobierając tę trójkę skumplowanych „niezależnych autorytetów”,
Kiedy 4 stycznia 2007 wszystkie „mendia”, na czele ze stacjami telewizyjnymi ogłosiły o „niezaprzeczalnej” współpracy abp Wielgusa z Bezpiekę, powołały się właśnie na wyniki „badań” tejże przezacnej, obiektywnej „komisji”. Uprzedzając nieuniknioną kompromitację tej „komisji” i samego siebie, Janusz Kochanowski dwa dni przedtem, 2 stycznia zastrzegł się na antenie TVN:
– Ja nie powołałem komisji, ja zwróciłem się jedynie do trzech mężczyzn /starannie przezeń dobranych! – H.P./, co do których żywię szacunek i zaufanie.
Matactwo rzecznika i przekaziorów „mendialnych” polegało na wspólnocie działania. Rzecznik „powołał komisję”, która okazała się nie komisją tylko „grupą mężczyzn” bez uprawnień komisji, ale „mendia” mianowały tamto zgrane „trio” za komisję i powołały się na jej „orzeczenie” o tym, że w świetle dostępnych dokumentów nie podlega wątpliwości fakt świadomej tajnej współpracy ks. Stanisława Wielgusa ze Służbą Wywiadu w latach 1973 -1978. Tak oto wyrok zapadł mocą autorytetu „komisji” powołanej przez rzecznika praw obywatelskich i „w świetle dostępnych dokumentów”. Czegóż by jeszcze potrzeba, aby dać rozkaz: „Ognia!” licznym plutonom egzekucyjnym medialnych mend?
Owa „komisja” czy – jak sprostował sam rzecznik – „grupa mężczyzn”, nie dokonała żadnych badań archiwalnych, bo nie miała na to żadnych szans czasowych, a zwłaszcz takowych zamiarów. Wszystko co mogła zrobić, to pobieżnie przejrzeć świstki znajdujące się w teczce abp Wielgusa. Otwarcie to przyznał ks. Węcławski w wywiadzie dla Gazety Wyborczej”:
– My jednak nie mieliśmy dokonać oceny tych dokumentów. Poproszono nas jedynie o ich przejrzenie i przekazanie rzecznikowi opinii o ich zawartości, tak żeby mógł on podjąć decyzję, jak ma postąpić.
Tak oto, rzecznik praw obywatelskich niemal fizycznie przyłożył rękę do medialnego ukamienowania abp Wielgusa. Tak było w czasach najbardziej mrocznego dziesięciolecia rządów sowieckiej żydobolszewii w Polsce, kiedy w kręgach sądowych i prokuratorskich żydowskich morderców panowało powiedzenie: „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. No i znalazł się. Wzorce były gotowe, wypróbowane już przed dziesięcioleciami.
Zakładając, że w tej trójce „badaczy”, ks. Węcławski i Z. Nosowski byli dyletantami w zakresie kwerend archiwalnych, to takiego usprawiedliwienia nie można przypisać prof. Paczkowskiemu, m. in. członkowi Kolegium IPN. Zachował się jednak jak dyletant, albo jak świadomy uczestnik niszczenia abp Wielgusa. Porównajmy jego postawę z opisem metodologii prac historyka nad dokumentami. Oto w Biuletynie IPN wypowiedział się prof. Andrzej Chojnowski – szef Zakładu Historii XX wieku w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego:
– My doskonale wiemy, że te dokumenty trzeba weryfikować, poddawać procedurze krytyki źródeł. Jeżeli nawet te materiały policyjne posiadają swoją własną specyfikę, to aż tak bardzo nie odbiega ona od innych źródeł, z którymi mamy do czynienia, żebyśmy zapomnieli o elementarnych zasadach naszego zawodu.
Zespół /„grupa”/ powołany przez J. Kochanowskiego nie podjął najmniejszej próby takiej weryfikacji „z zachowaniem elementarnych zasad naszego zawodu”. Pomijając wymienione tu rażące „błędy w sztuce” bycia rzecznikiem praw Obywatelskich i błędy w sztuce weryfikacji źródeł historycznych, nie można pominąć faktu, iż Janusz Kochanowski dopuścił się jawnego naruszenia prawa, ponieważ zlecił szperanie w teczce biskupa bez jego zgody /!!/. Co więcej
– bez pytania o taką zgodę! Do takiego naruszenia prawa i tzw. dóbr osobistych Arcybiskupa, nie dopuściła się Kościelna Komisja Historyczna.
„Zespół” rzecznika praw obywatelskich „pracował” dwa dni, ale to wystarczyło aby wydać wyrok, iż świstki SB są nieomylne! Oświadczył bowiem publicznie, iż „ w świetle dostępnych dokumentów nie podlega wątpliwości fakt świadomej współpracy ks. Stanisława Wielgusa ze Służbami Bezpieczeństwa…” Rzecznik praw obywatelskich, czyli osoba urzędowo najwyżej postawiona w hierarchi obrony tychże „praw obywatelskich”, dopuściła się rażącego naruszenia swych uprawnień. J. Kochanowski przyjął na siebie funkcję publicznego oskarżyciela abp. Wielgusa i przyznał sobie funkcję zarówno prokuratora, jak i sądu.
S. Karczewski rekapitulował:
– Po raz pierwszy obywatel Polski został zlustrowany przez rzecznika praw obywatelskich, i to bez własnej [obywatela] prośby i zgody.
Tak oto już bez żadnych przeszkód ruszyła medialna nagonka na ks. abp. Wielgusa. Ruszyli do boju pismacy „Wprost”, „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, twardo trzymała się swych oszczerstw „Gazeta Polska”. Szczególną siłę rażenia miały wypowiedzi Judaszy grasujących w przebraniu publicystów „katolickich”. Wyjątkowo nikczemnie zabrzmiały słowa o. Pawła Kozackiego – przeora zjudaizowanego zakonu dominikanów w Poznaniu.
– redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”:
– W kontekście całej sprawy bardzo mnie niepokoi wyłanianie hierarchów w Kościele. Dziwię się, jak można było na tak ważne stanowisko powołać kogoś bez sprawdzenia jego przeszłości.
Tak więc ojczulek Kozacki orzekł, że Stolica Apostolska nie znała „przeszłości” /wiadomo jakiej!/ abp. Wielgusa. A przecież oficjalny komunikat Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej stwierdzał jednoznacznie, że przeszłość ta była Stolicy Apostolskiej dobrze znana, tym samym ta znajomość pozwoliła jej powołać abp. Wielgusa na stanowisko metropolity warszawskiego.
Podobną salwę oddał do ks. abp. Wielgusa osławiony o. Tomasz Dostatni. Przejdźmy do analizy „świstków” /określenie Prymasa J. Glempa/, przy pomocy których wdeptano w ziemię metropolitę S. Wielgusa. Gwoździem do „trumny” były dokumenty sygnowane pseudonimem „Grey”. Musiało upłynąć pół roku, zanim uczciwy dziennikarz „Naszego Dziennika” — Sebastian Karczewski, wyręczając dwie osławione „komisje”, tę od rzecznika praw obywatelskich i tę spod znaku Komisji Kościelnej, detektywistycznie przekopał się przez dostępne dokumenty i zdyskredytował je w sposób nie budzący żadnych wątpliwości.
Pamiętamy, jak to pismacy pastwili się nad abp. Wielgusem jako agentem o pseudonimie „Grey” a także „Adam.” Ani uczeni członkowie dwóch komisji, ani pismacy, ani spece z IPN nie dostrzegali, że Grey” na dokumencie zatytułowanym: „Opis wstępny akt podlegających mikrofilmowaniu”, ówczesny ksiądz Stanisław Wielgus jest wymieniony w rubryce „Figurant”, a „Grey” to kryptonim sprawy założonej do rozpracowywania owego „Figuranta”. Zamieszczamy reprodukcję tego dokumentu: nawet półgłówek mógł zobaczyć i zrozumieć, że dokument dotyczy osoby wybierającej się do RFN, która ma podlegać „rozpracowaniu operacyjnemu”. „Grey” nie jest więc agentem, jest potencjalną ofiarą rozpracowania operacyjnego!
Każdej z takich spraw nadawano kryptonim oraz numer rejestracyjny. Według innego dokumentu znajdującego się w teczce abp. Wielgusa, akcję rozpracowywania operacyjnego podjęto 19 grudnia 1973. Nosi on nagłówek: „Postanowienie o założeniu teczki rozpracowania operacyjnego”. Podpisał – ppłk Leonard Mroczek. Wnosząc o zarejestrowanie tego dokumentu w Samodzielnej Sekcji Ewidencji Departamentu I, ppłk. L. Mroczek stwierdzał, iż figurant „wyjechał za granicę w celu zebrania materiałów niezbędnych do pracy habilitacyjnej, zamierza pozostać na Zachodzie przez wiele lat” Dokument ten parafował płk Zbigniew Mikołajewski – dyrektor Departamentu I MSW. Nadano mu numer 9933. Rok założenia – 1973. Rok zdania do archiwum – 1980. Filmowano: 7.10.80.
Jedynym dokumentem całej teczki ówczesnego ks. Wielgusa podpisanym przez niego, jest napisany przez niego odręcznie „Plan badań naukowych w związku z otrzymaniem stypendium im A. Humboldta” Autor pisma oświadczał, że starania o stypendium rozpoczął w 1972 roku, złożył pozytywnie egzamin z języka niemieckiego, następnie otrzymał paszport i wizę.
Dokument ten zmusza do postawienia kilku pytań. Dlaczego w teczce ks. Wielgusa pozostawiono tylko ten plan badań, jeżeli istniały jakieś inne ważne dokumenty sporządzone przez ks. Wielgusa?
W dokumentach pojawia się tajemniczy „TW” „Adam” oraz zamiennie „Adam Wysoki”. Pojawia się w dokumencie datowanym z 24 września 1973 roku, a więc przed dokumentem sygnowanym datą 16 października o założeniu teczki rozpracowania operacyjnego. Tą samą datą 16 października jest datowany raport o przerzucie za granicę agenta o pseudonimie „Grey”. Na początku raportu jest napisane:
– Lat 34, narodowość i obywatelstwo polskie, pochodzenie chłopskie, wykształcenie wyższe – dr filozofii /ksiądz katolicki/, pracownik naukowy KUL-u /adiunkt/.
Do tego miejsca tak naprawdę nie wiadomo o kogo chodzi. Następnie pomiędzy liniami maszynopisu dopisano odręcznie: „Wielgus Stanisław Wojciech s. Adama ur. 23.04 1939″. Również odręcznie wpisano lubelski adres księdza. Takie nadpisywanie odręczne było całkowicie sprzeczne z instrukcją wywiadu PRL. Dalej następują szczegóły rodzinne, które dotyczyć mogły ks. Wielgusa. Pisano m. in.: „Za stosowanie nacisku moralnego na rodziców, których dzieci nie uczęszczają na lekcje religii, w 1965 roku został skrytykowany przez jedną z gazet wojewódzkich”.
Dwa dokumenty sporządzone tego samego dnia – 16 października 1973 mówią o dwóch rożnych osobach; jedna jest „Grey’em” czyli agentem, druga „figurantem”, czyli osobą rozpracowywaną. Pod obydwoma dokumentami widnieją podpisy tych samych esbeków: płk. Zbigniewa Mikołajewskiego i ppłk Leonarda Mroczka. Sebastian Karczewski pytał7,akcentując wagę pytania pogrubionym tekstem:
– Jak to możliwe, że w tym samym dniu Stanisław Wielgus jest jednocześnie „agentem” i „figurantem”, i w dodatku – jak wynika z dokumentów – w tej samej sprawie? Czyżby rozpracowywał samego siebie?
Dalej: zgodnie z przypisywaną ks. S. Wielgusowi kartą E-15 wynika, że do 19 grudnia 1973 roku ks. Wielgus nie figurował nawet jako tzw. „kontakt operacyjny”. Było niemożliwe w pragmatyce wywiadu, aby ktoś będąc już agentem, nie został przedtem zarejestrowany nawet jako „kontakt operacyjny”! Na status agenta nie wskakiwało się od tak sobie, z dnia na dzień. Najpierw musiał być „kontaktem”, dopiero potem otrzymywał zaszeregowanie agenta. S. Karczewski zadaje więc następne oczywiste pytanie:
– Kto zatem był agentem o pseudonimie „Grey”? Bo w świetle wspomnianych dokumentów nie mógł nim być ks. Stanisław Wielgus.
W innych fragmentach swego cyklu S. Karczewski wykazał, na podstawie analizy pierwotnej numeracji dokumentów występujących w Karcie Kieszeniowej „Jacket”, że jest ona dublowana. Przykładem są opisane wyżej dwa dokumenty: „Postanowienie…” i „Raport”. Obywa są oznaczone cyfrą 1.
„Można zatem wysunąć tezę, że dokumenty te pochodzą z dwóch rożnych teczek” – stwierdzał autor.
Fundamentalną sprzeczność wynikającą z jednoczesnego, w tym samym dniu, posługiwania się terminologią „agent” i założenia w tym samym dniu teczki rozpracowania operacyjnego fi gu ran ta — tej samej osoby- mogłaby wyjaśnić tylko odpowiedź na pytanie: czy w praktyce SB miały miejsce sytuacje, kiedy wysyłając kogoś już jako agenta za granicę, jednocześnie zakładano tej osobie kartę rozpracowania operacyjnego, aby go tam śledzić; jak się zachowuje, czy wykonuje podjęte zadania.
Tego pytania S. Karczewski nie zadał. Odpowiedzi należałoby szukać w teczkach innych agentów wysyłanych na Zachód.
Autorem podpisu „Grey” na trzech dokumentach z 1978 roku nie mógł być ks. S. Wielgus. S. Karczewski wykazał również, że autorem podpisu: „Adam Wysocki” także nie był ks. Wielgus.
W teczce ks. S. Wielgusa nie ma żadnej deklaracji współpracy podpisanej przez ks. Wielgusa.
Przed południem 5 stycznia 2007 roku abp Wielgus wydał oświadczenie, w którym czytamy m. in,
– Najgorszy był mój wyjazd do Monachium w 1978 roku. Miałem wówczas spotkanie z bardzo brutalnym funkcjonariuszem wywiadu, który wrzaskiem i groźbami, że mnie zniszczy, skłonił mnie do podpisania deklaracji współpracy z wywiadem.
Tym funkcjonariuszem był Stanisław Kubat. Ks. Wielgus stwierdzał więc, że został zmuszony groźbami i wrzaskiem do podpisania „deklaracji współpracy z wywiadem”, a media tego samego dnia i w następnych roztrąbiły, że abp Wielgus przyznał się do podpisania deklaracji o współpracy – „Umowy o współpracy”, pod którą widnieje podpis: „Grey”. Dlaczego „Grey”?
Wkrótce potem upowszechniono odezwę do wiernych Kościoła warszawskiego, w które; abp Wielgus rzekomo wyraził skruchę i przyzna- się do tej współpracy. S. Karczewski na podstawie znanych sobie źródeł stwierdzał w publikacji „N.Dz.” z 28-29 lipca 2007:
– Ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus nie był autorem odezwy, która powstała bez jego wiedzy /!! – H.P./.
Dlaczego zatem nowy metropolita warszawski podpisał się pod nią? S. Karczewski odpowiedzi na to pytanie nie dał, lecz dodawał:
– Choć posiadamy dostęp do materiałów, w których zawarta jest odpowiedź na powyższe pytanie, jako dziennikarze z „Naszego Dziennika” na razie nie chcemy ich upubliczniać. Podkreślamy – na razie…
Kiedy moja książka ukaże się w księgarniach, to „na razie” zapewne już przestanie być sekretem, my jednak nie mogliśmy czekać na wyjaśnienia, gdyż rozdział ten pisałem w ostatnich dniach sierpnia, gdy książka już szła do druku. Zdając się na ujawnienie przez S. Karczewskiego tego „na razie”, powróćmy do drobiazgowej analizy „Umowy o współpracy”, gromko upowszechnionej przez wszystkie „mendia”, jako umowy podpisanej przez ks. Wielgusa i sygnowanej pseudonimem „Grey”.
Dla umożliwienia Czytelnikom bezpośredniego prześledzenia manipulacji przy wypełnianiu tej deklaracji przez esbeków, zamieszczam jej odbitkę opublikowanym w „Naszym Dzienniku” /l 1-12 sierpnia/.
Prezentowany dokument był sporządzony albo przez dyletanta, choć podpis pracownika, wprawdzie nieczytelny, mógł sugerować tegoż brutala Kubata, czyli fachowca co się zowie, albo został celowo spreparowany.
Po pierwsze, zwrot:
– „Ja Grey Wielgus Stanisław syn Adama urodzony 23.04 1939 r.” jest napisany odręcznie bez „Ja”, napisanego uprzednio na maszynie. Wszystkie występujące tam wyrazy i cyfry nie mają cech charakteru pisma ks. Wielgusa.
– Po drugie: „Grey” był napisany innym charakterem pisma niż pozostałe odręcznie napisane człony tego wpisu. Wystarczy choćby porównać litery „G” w słowie „Grey” i w słowie „Wielgus, gdzie litera „G” jest napisana przez duże „G”, choć nie powinna być tak napisana, bo występuje w środku wyrazu! Czyżby ks. Wielgus nie wiedział, że to duże „G” to dziwoląg w środku jego nazwiska? Obydwie litery są ponadto całkowicie inaczej napisane, co Czytelnik może łatwo potwierdzić na reprodukcji.
– Po trzecie: nazwisko „Wielgus” zostało napisane dużymi literami. Fałszerz wiedział, że podpis posiadacza nazwiska jest łatwy do potwierdzenia lub wykazania jako falsyfikatu, natomiast wpis literami „drukowanymi” jest trudniejszy do identyfikacji, choć grafolog bez większego wysiłku radzi sobie nawet z anonimami napisanymi w całości literami „drukowanymi”. Autorzy anonimowych informacji lub donosów, w obawie przed identyfikacją bardzo często piszą swoje donosy literami „drukowanymi”, „dużymi”.
– Po czwarte: W dokumencie zwanym „Kartą Kieszeniową” /zamieszczam jej reprodukcję/, litera „G” w rubryce „Kryptonim sprawy” /a nie kryptonim agenta/ oraz litera „G” w rubryce „Nazwisko i i imię głównego figuranta” / a nie agenta/ w nazwisku „Wielgus” – są identyczne, napisane przez tę samą rękę, natomiast są rażąco inne niż „G” w „Umowie o współpracy.”
To nie wszystkie zagadkowe „nieścisłości”. „Umowa o współpracy” jest szablonowym formularzem, w rubrykach określających personalia agenta, mamy także zadziwiające odstępstwa.
1. Kolejność danych. Powinno być: „Ja Stanisław Wielgus”, a dalej ewentualnie „Grey”. Umieszczenie na pierwszym miejscu pseudonimu agenta przed imieniem i nazwiskiem jest w tej rubryce całkowicie nieprawidłowe, nie stosowane w „Karcie Kieszeniowej”.
2. Pseudonim „Grey” powinien być wpisany na końcu tekstu formularza w zarezerwowanej na ten cel linii ciągłej wpisanej maszynowo.
3. Rubryka ta na tym egzemplarzu „Karty Kieszeniowej” pozostaje jednak pusta, co jest równie zadziwiającym odstępstwem.
4. „Grey” pojawia się natomiast na linii daty zobowiązania, a tam właśnie nie wpisywano pseudonimu agenta, tylko jego imię i nazwisko.
I ostatnia niepojętna sprzeczność. Zobowiązanie do współpracy rzekomo pozyskany agent podpisał pseudonimem „Grey”, a jest to kryptonim sprawy założonej dla „figuranta”, czyli osoby poddanej inwigilacji! S. Karczewski mając przed sobą oryginał „Umowy o współpracę” stwierdził coś intrygującego w najwyższym stopniu, a czego nie możemy dostrzec w kopii na papierze gazetowym:
– Powyższe uwagi nie są jedynymi znamionami fałszerstwa tego dokumentu. Można się go dopatrzyć również w wyjątkowo rzucającym się w oczy przerabianiu daty sporządzenia umowy w prawym górnym rogu. Polega ono na zamalowaniu daty wydrukowanej i wpisaniu odręcznie dnia i miesiąca obok wydrukowanego roku. Dokładnie takie same ślady ingerencji nosi „Instrukcja” również podpisana przez „Greya”. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że na wszystkich dokumentach w tym zbiorze, miesiąc wpisywany był na maszynie. Jedynymi wyjątkami są: „Umowa o współpracy” oraz „Instrukcja”. Przypadek? Trochę dziwny, zważywszy, że takich śladów nie posiada trzeci dokument podpisany rzekomo tego samego dnia przez „Greya”- „Umowa o łączności”.
Dalej S. Karczewski pyta:
– …Czy powyższe mankamenty zostały przeoczone przez Kościelną Komisję Historyczną? Z posiadanych przez nas informacji wynika, że dokument ten wzbudził wątpliwości jej członków. Nie tylko ich. W pierwszych dniach stycznia ks. Piotr Libera, ówczesny sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski, zgłosił zastrzeżenia dotyczące wspomnianej „Umowy o współpracy” i podpisu „Grey” przewodniczącemu Kościelnej Komisji Historycznej prof. Wojciechowi Łączkowskiemu. Co stało się z odpowiedzią? Dlaczego Kościelna Komisja Historyczna nie ustosunkowała się do tych wątpliwości, choć wyjaśnienie ich wydawało się niezbędne? Czyżby dlatego, że mogłoby to znacznie zmienić fałszywie wykreowany przez media pogląd na sprawę?
Na koniec tego „śledztwa” należy rozważyć sytuację, w której „Grey” to rzeczywiście ks. S. Wielgus. I tu wyłania się szyderczy paradoks. „Grey”, o którym piszą esbecy, wystawił do wiatru całą tę lubelsko-warszawską Bezpiekę, zagrał im na nosie, osiągnął swój cel – pobyt naukowy w RFN i w zamian ani jednego donosu, ani jednego raportu, teczka pusta pod tym względem!! Legion medialnych psów gończych nie był w stanie, przy kreciej, fanatycznie „antywielgusowej” kwerendzie pracowników IPN – wyszperać choćby jednego donosu!
Oto w raporcie z 10 marca 1977 roku płk Kubat przechwala się, że „zrealizowano wszystkie przedsięwzięcia zawarte w planie i przerzucono agenta do RFN w celu wprowadzenia go do obiektu „Szerszenie”.8 /…/ „Grey” powrócił do kraju po sześciomiesięcznym pobycie za granicą”.
Dalej płk Kubat stwierdzał, iż „Grey” zajmował się w RFN pracą naukową i duszpasterską i choć wysłano go z myślą m.in. „Szerszeniach”, nie ma najmniejszego śladu takich prób.
8 „Szerszenie” to kryptonim Radia Wolna Europa, do której chcieli wprowadzić „Greya”. Nic z tego nie wyszło. „Grey” po powrocie skarżył się im, że nie docenił trudności z tym związanych. W rzeczywistości nawet nie podjął takich prób.- W naszych założeniach kontakty te miały ułatwić zrealizowanie zadania docelowego, to jest stałego osiedlenia się w Monachium z zachowaniem posiadanego statusu na-ukowo-społecznego poprzez objęcie pracy w tamtejszym uniwersytecie lub monachijskim Instytucie Historii Europy Wschodniej, co miało doprowadzić do jego pośredniej lub bezpośredniej współpracy z RWE.
Potem w tym długim „Raporcie” płk Kubat opisuje pracę „Greya” w parafii rzymsko-katolickiej w Monachium, odprawianie Mszy św. i głoszenie kazań w języku niemieckim w tej parafii /przy ul. Waldschilstrasse Al: uczestniczył w klubowych spotkaniach uniwersyteckich, itd., lecz pomimo tych „sukcesów” „Greya”, nieoczekiwanie następuje miażdżąca dyskredytacja skuteczności „Greya”:
– Oceniając całokształt sprawy uważam, że „Grey” nie spełnił zadań, które przyjął do wykonania przed wyjazdem za granicę. Zachował bierność i daleko idącą ostrożność na odcinku realizacji zadań szczegółowych: brak na-prowadzeń, zupełna pasywność na odcinku nawiązywania znajomości z ludźmi wchodzącymi w zakres naszego zainteresowania, zignorował zupełnie zadanie rozpracowania ukraińskich ośrodków nacjonalistycznych w Monachium, itd. Zwrócono mu na te elementy uwagę. Prosił o wyrozumiałość, jeżeli nas zawiódł to nie zrobił tego celowo. Tak się ułożyły warunki obiektywne, że liczył na wiele, a okazało się, że nie jest to takie łatwe. Podkreślił, że mógłby zostać wikariuszem lub proboszczem na jednej z parafii monachijskiej, ale byłaby to dla niego degradacja społeczna, której by sobie nigdy nie wybaczył…
Jak wytłumaczyć tę sprzeczność: „Grey” był znakomity, dyspozycyjny, wykonał „wszystkie przedsięwzięcia zawarte w planie”, ale… nie wykonał niczego!
Jeżeli wykluczyć, że płk Kubat9 pisał ten „Raport” po dużej wódce, to pozostaje jedyny logiczny wniosek: „Grey” to jakaś „podstawka” pod innego agenta, z tym samym zapożyczonym pseudonimem. A jeszcze pewniej: to jakaś koronkowa mistyfikacja Bezpieki; przypisywanie ks. Wielgusowi pseudonimu „Grey” na dokumencie jawnie spreparowanym, jednocześnie nadanie mu pseudonimu „Adam Wysocki”; manipulacje przy innych dokumentach naruszających pragmatykę sporządzania takich dokumentów. To w sumie „czeski film”, który musi zostać kiedyś wyjaśniony nie tylko dla dobra abp. S. Wielgusa, lecz również jako wyzwanie śledcze dla historyka, uczciwego dziennikarza czy dziennikarzy.
Słowem – ks. S. Wielgus, mówiąc językiem młodzieżowym „zrobił w bambuko” lubelską Bezpiekę i płk S. Kubata z MSW. Swoje osiągnął, nie sporządził żadnego donosu, żadnego „Raportu”, co potwierdził sam płk Kubat.
Zestawmy teraz obok siebie dwie rażąco odmienne miary, jakie zastosowali ci sami ujadacze w odniesieniu do abp. S. Wielgusa oraz do modernisty, „poprawiacza” Ewangelii ks. prof. Michała Czajkowskiego, który okazał się wybitnym kapusiem, autorem kilkuset donosów na konkretnych ludzi. Starano się za pomocą żenujących łamańców werbalnych relatywizować do-nosicielski amok i dorobek ks. prof. Czajkowskiego, jednocześnie bez pod-stawnie wyolbrzymiać „agenturalność” ks. S. Wielgusa. Oto „tropikalny” prof. Andrzej Friszke”, były członek kolegium IPN, w „Gazecie Wyborczej” przyznawał, że „Nie dysponujemy konkretnymi dowodami aktywności księdza Wielgusa, na przykład szczegółowym meldunkami”, a mimo to ośmielał się porównać teczkę ks. Wielgusa z agenturalnym dossier ks. prof. Czajkowskiego. Tymczasem różnica między obydwiema „teczkami” polegała choćby na tym, że ta dotycząca ks. Wielgusa zawierała 60 kart, tymczasem „dorobek” agentu-ralny ks. Czajkowskiego, jak obliczył S. Karczewski — „blisko piętnaście razy więcej” (około 900 kart!).
W tym samym numerze tej samej oszczerczej manipulacji dopuścił się Marek Lasota, także historyk IPN, autor książki „Donos na Wojtyłę”. Przyznał podobnie jak pozostali egzekutorzy z medialnych plutonów egzekucyjnych, iż „Nie dysponujemy konkretnymi meldunkami, jakie sporządził agent o pseudonimie «Grey», ale usiłuje przekonać czytelników „GW”, że dowodami współpracy księdza są dokumenty wyprodukowane przez esbeków ,wiedząc dobrze, że takie wypracowania esbeków nie są roztrzygającymi dowodami. Rozstrzygające byłyby raporty agenta, a takowych brak w teczce ks. Wielgusa. Lasota z góry zakładał, że takie dokumenty istnieją, tylko nie zostały jeszcze odnalezione:
— Sądzę, że ich odnalezienie jest kolejnym zadaniem dla dwóch komisji, które obecnie zajmują się sprawą abp. Wielgusa. Cyniczny popis faryzeizmu dał kilkakroć cytowany tu Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny „Więzi”. Po przejrzeniu dokumentów ks. prof. Czajkowskiego, w telewizyjnym programie Moniki Olejnik „Prosto w oczy” z 12 lipca 2006 r., Z. Terlikowski wił się:
– Wszyscy mielis’my wrażenie takiej stuprocentowej pewności/…/ Dopiero później okazuje się, że to jest jednak wizerunek kreowany przez SB i kiedy wykonywaliśmy nasze opracowanie, postanowiliśmy nie tylko opisywać fakty, ale przede wszystkim rozmawiać z ludźmi, którzy są tam wymienieni. Przede wszystkim z księdzem Czajkowskim, ale nie tylko z nim. /…/ Dodać pewne cienie, niuanse do całej tej rzeczywistości.
Dlaczego więc teczka ks. Czajkowskiego licząca 900 kart, z setkami jego donosów, wymagała jeszcze rozmów z ks. Czajkowskim, a teczka ks. Wielgusa już nie wymagała rozmów z obwinionym, nie potrzebowała szukania „cieni”, „niuansów”? Co do miażdżących faktów z teczki ks. Czajkowskiego, Terlikowski stwierdzał:
– ten tekst budził duży sprzeciw ze względu na pewien radykalizm, na pewną brutalność, którą reprezentował, i miałem nadzieję, że ten obraz nie będzie tak zły. Myślę, że /…/ ten tekst Witkowskiego szedł za daleko. Nie ma powodu, żeby tak daleko idących wniosków formułować.

Dlaczego więc teczka ks. Wielgusa nie budziła wątpliwości? Nie „budziła sprzeciwu”, tylko pozwoliła natychmiast użyć maczugi przeciwko skazanemu?
Paradą „mendialnych” kłamstw i manipulacji były komentarze wokół rezygnacji abp S. Wielgusa z funkcji metropolity. Kiedy nuncjatura oficjalnie poinformowała 7 stycznia o tej rezygnacji, natychmiast ruszyły do boju „mendia”. Orzekły, że to papież „zmusił” metropolitę do rezygnacji. Było to jawnym kłamstwem. Okazało się potem, że Benedykt XVI przyjął rezygnację abp. Wielgusa, ale go nie „odwołał”, jak zapewniały rozpylacze kłamstw: TVN 24,”Rzeczpospolita”, „Gazeta Wyborcza”. Pryncypialnym Judaszem – w pełni świadomie używam tego określenia – okazał się bp T. Pieronek, który w „GW” z „troską” oznajmił:
– Fakt interwencji Stolicy Apostolskiej, która prawdopodobnie poprzedziła ostateczną decyzję, jest rzeczą bez precedensu. W dziejach Kościoła nie pamiętam takiego przypadku. Szybka i zdecydowana reakcja wskazuje, że Watykan nie miał pełnej wiedzy o przeszłości kandydata. Trudno jednak dziwić się temu.
W te same tony faryzejskiej ulgi uderzył abp T. Gocłowski, który w rozmowie z Jackiem Kurskim /tak się składa, że wszyscy z tej trójki to „nietutejsi” powiedział:
– Benedykt XVI zrobił chirurgiczne cięcie i operacja się udała. Zrobił to, bo my – Kościół w Polsce – milczeliśmy i dopuściliśmy się w sprawie przeszłości abp Stanisława Wielgusa pewnych zaniedbań…
Obaj „egzekutorzy” poetycko ubarwiali już wydane wyroki mediów. Czynili to świadomie, wbrew oficjalnemu komunikatowi Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, jak i oświadczeniu Prezydium Konferencji Episkopatu Polski. „Dziennik” łgał w tytule: „Papież zapobiegł hańbie Kościoła”, a bp Gocłowski to kłamstwo ubrał w metaforę o „cięciu chirurgicznym” dokonanym przez papieża. Jan Rokita /PO/ cieszył się: „Wierni wygrali z arcybiskupem”, a dyżurny farezeusz z „komisji” Janusza Kochanowskiego dekretował: „hierarchowie otrzymali bardzo gorzką lekcję”. Nie zabrakło w tym chórze również osławionego ks. K. Sowy, który szedł tym samym tropem „operacji chirurgicznej” dokonanej w ostatniej chwili:
– Autorytet Kościoła został w pewnej mierze uratowany dopiero „interwencją” samego papieża/…/ Rzym przemówił dziś bardzo wyraźnie: nie można w imię własnych ambicji i jakichś osobistych interesów narażać Kościoła na kryzys…
Marta Bolko z „Super Expressu” stwierdzała, przypominając paragraf 2 kanonu nr 401 Kodeksu Prawa Kanonicznego;
– Tym samym hierarcha przyznaje, że rezygnacja była decyzją Watykanu.
„Hierarcha” nic takiego nie przyznawał. Po prostu zrezygnował w atmosferze kamienowania i dywanowych nalotów koszer-„mendów” pełnych kłamstw i przeinaczeń, sprzecznych ze „świstkami” spokojnie drzemiącymi w teczce abp Wielgusa, nad którymi pochylił się uważnie i obiektywnie, dopiero kilka miesięcy później dziennikarz „Naszego Dziennika”.
Żadna „odsiecz” dla egzekutorów nie przyszła z Rzymu. Papież nie zapoznał się z dokumentami IPN ani w sobotę 6 stycznia, ani „w nocy” z soboty na niedzielę, gdyż dokumenty te dostarczył do Watykanu minister Gosiewski dopiero w niedzielę – 7 stycznia. Szóstego stycznia nie mogła zapaść żadne decyzja papieska, nie mogło zostać wykonane żadne „chirurgiczne cięcie”, gdyż w oficjalnym biuletynie Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej z 6 stycznia, w rubryce „Rezygnacje i Nominacje”, nie pojawiła się żadna wzmianka w sprawie abp Wielgusa. Nie pojawiła się również dnia następnego – 7 stycznia, gdzie ukazał się jedynie komunikat Nuncjatury Apostolskiej w Polsce, ale nie komunikat Stolicy Apostolskiej w tej sprawie.
Wyłania się dręczące pytanie: dlaczego z „dokumentami” o abp. Wielgusie poszybował do Watykanu Przemysław Gosiewski, członek ścisłego grona „loży” Prawa i Sprawiedliwości? Toć to człek świecki. Dlaczego wyręczył Episkopat Polski, jego instancje?
Mało tego. Dokonała się osobliwa „nocna zmiana” – bis w Pałacu Prezydenckim. Zebrali się tam wieczorem 6 stycznia: prezydent Lech Kaczyński, nuncjusz T. Kowalczyk, abp Józef Michalik i ks. bp Piotr Libera – sekretarz generalny Konferencji Episkopatu. Do dziś nie wiadomo, jaki był cel i konkluzje tego spotkania, Po co duchowni pognali „na dywanik” do prezydenta, a nie zebrali się we własnym gronie, bo to przecież całkowicie wewnętrzna i suwerenna sprawa Kościoła /jeszcze/ katolickiego w Polsce?
Pośrednie wyniki i konkluzje tej drugiej „nocnej zmiany” mogliśmy podziwiać w katerze św. Jana, kiedy to po ogłoszeniu rezygnacji przez metropolitę abp. Stanisława Wielgusa, prezydent L. Kaczyński z radością zaczął klaskać, lecz natychmiast przerwał po dyskretnym kuksańcu, jaki na oczach setek tysięcy teleoglądaczy otrzymał od swojej czcigodnej Małżonki, Pierwszej Damy Czwartej RP.
Jeżeli więc przyjąć, że w „Czwartej RP” nareszcie zaczęło rządzić prawo i sprawiedliwość, to jest to prawo i sprawiedliwość rasy wyraźnie wyższej, innej „nietutejszej”. Rządzi ona wszystkim, od nominacji pałacowych, po /niektóre?/ nominacje kościelne. Tym końcowym rozdziałem mojej książki potwierdzam ponurą prawdę pozostałych rozdziałów tej pracy, że Polacy wciąż żyją na smyczy i obroży z kolczatką. Obie są niewidzialne, lecz jakże bolesne, poniżające.

Dictature juifs en Pologne  depuis 1939 commencé à déchirer la Croix !

Dictature juifs en Pologne depuis 1939 commencé à déchirer la Croix !

Henryk Pająk fragment książki pt. ,,Prosto w ślepia »