Bergoglio jawnie wspiera judeo-satanistów na Ukrainie.

Pope Meets Polish Prime Minister Donald Tusk

Antypapież Bergoglio vel Franciszek zbiera pieniądze na mundury wojskowe i broń wspierając judeo-satanistów na Ukrainie.

Jak można było się spodziewać po pokłonach antypapieża dla dzieci szatana w Izraelu duchowny podpisał cyrograf z nimi i ustami abp. Mokrzyckiego apeluje o finansowe wsparcie dla judeo-satanistów na Ukrainie.
Mundur kosztuje 350 euro, a broń ile ?

cyt: » Czy Kościół rzymskokatolicki – podobnie jak Ukraiński Kościół Greckokatolicki – również organizuje zbiórki na rzecz ochotników chcących walczyć na wschodniej Ukrainie?

– Staramy się wspomagać, organizując zbiórki po parafiach. Zbieramy pieniądze na rzecz tych, którzy z danej miejscowości chcą wyjechać na wojnę. Dostaliśmy nawet listę takiego wyposażenia. Wojskowy komplet kosztuje 350 euro. Kościół rzymskokatolicki w pełni wspiera tę akcję.  »

Zapomniałem napisać, iż ochotnicy dostają broń cudownie nie zabijająca jak na głosiciela doktryny „Nie zabijaj” przystało dla każdego posiadacza takiego mundurku za 350 euro na służbie u dewiantów, a którzy z kwiatami w ustach idą nawracać Słowian na judeo-satanizm.
Poniżej publikujemy cały wywiad abp. Mokrzyckiego aby nie być gołosłownym lub stronniczym w prawdzie!

Jesus was anti-semitic

Ukraina potrzebuje pomocy!

Z metropolitą lwowskim obrządku łacińskiego abp. Mieczysławem Mokrzyckim rozmawiali Krzysztof Tomasik i Marcin Przeciszewski

Ukraina przeżywa dramatyczne chwile. Jak Ksiądz Arcybiskup ocenia obecną sytuację?

– Dla ukraińskiego narodu jest to wielkie i bolesne doświadczenie, tym bardziej że pamięta on jeszcze bardzo dobrze czasy komunizmu i zniewolenia, jakiego wówczas doświadczał. Ukraińcy wiedzą, że będąc pod rosyjską okupacją, ich kraj nie ma przyszłości ani możliwości rozwoju w każdej dziedzinie: gospodarczej, kulturalnej, oświatowej, a przede wszystkim duchowo-religijnej. Ukraina po 23 latach niepodległości spogląda na Zachód i Unię Europejską. Dlatego też, gdy przed prawie rokiem ówczesny prezydent nie podpisał układu stowarzyszeniowego z UE, doszło do narodowego zrywu, który podkreślał niezależność Ukrainy, a także i to, że nie ma powrotu do dawnych czasów.

Obecnie trwa tam wojna i do czego może ona doprowadzić?

– Z bólem patrzymy, że leje się krew na wschodniej Ukrainie i że giną młodzi ludzie, oddając życie za ojczyznę. Równocześnie większość młodych nie widzi dla siebie perspektyw. Trwająca wojna, jak każda w historii, nie przynosi stabilizacji i nie napawa optymistycznie, do tego sytuacja polityczna, tak bardzo zagmatwana, wprowadza napiętą sytuację, co jeszcze bardziej odbiera nadzieję na lepsze jutro. Z tych przyczyn trudno jest mówić o tym, co będzie, trzeba natomiast prosić Boga, aby nie było gorzej.

Sytuacja jest zagmatwana także dlatego, że formalnie wojna nie została wypowiedziana…

– Mimo tego wszyscy na Ukrainie wiedzą, że to Rosja wywołała wojnę, wkraczając bezprawnie na terytorium kraju. Państwo broni granic i tożsamości, choć nie ma na to wystarczających sił materialnych i militarnych. Ukraina nie chce wojny, jednak to, czego jesteśmy świadkami, jest obroną konieczną, która nie wyklucza poszukiwania kompromisu na drodze dyplomatycznej, czego również jesteśmy świadkami. Ze strony Ukrainy jest na pewno dobra wola, aby zakończyć ten konflikt.

Jak w tej całej sytuacji odnajduje się Kościół katolicki i jego wierni?

– Należy przypomnieć, że Kościół rzymskokatolicki stracił poprzez aneksję Krymu część diecezji odesko-symferopolskiej. W Symferopolu pozostał bp Jacek Pyl i dwunastu księży, w tym dziewięciu z Polski. Działający tam Kościół rzymskokatolicki musi się teraz podporządkować strukturom rosyjskiego państwa. Zgodnie z nowym prawem ma do 1 stycznia 2015 r. przerejestrować swoje parafie.

Jaki będzie tam status Kościoła rzymskokatolickiego? Pod jaką jednostkę kościelną będzie podlegał?

– Stolica Apostolska już nad tym pracuje. Zastanawia się, jak pod względem prawnym uporządkować sytuację, tak aby nie wyglądało, że Watykan uznaje Krym jako część Rosji.

A jak wygląda sytuacja na wschodniej Ukrainie?

– Jest bardzo ciężka. Na przykład w regionie Mariupola musieliśmy zamknąć kilka parafii, a księża wyjechali ze względów bezpieczeństwa. Mimo tego kapłani starają się być blisko swoich parafian, z których wielu musiało uciekać. Nasze duchowieństwo pomaga im tak duchowo, jak i materialnie. Wielkim wyzwaniem jest pomoc ofiarom i ich rodzinom. Pogrzeby zabitych są wyrazem ogromnego cierpienia i bólu rozstania. Przecież na froncie giną młodzi ludzie, którzy mieli być dla rodziny przyszłością, a pozostaje po nich jedynie mogiła, świadek wielkiej krzywdy i niesprawiedliwości. Dlatego księża, którzy pozostali w regionach objętych konfliktem, jak tylko mogą, pomagają wszystkim poszkodowanym.

Jak wspiera was w tych działaniach Kościół w Polsce?

– Ostatnio bardzo pomogła nam archidiecezja katowicka i władze Katowic. Przekazano nam pokaźną sumę pieniędzy na pomoc humanitarną. Pomoc jest rozdzielana poprzez Caritas i nasze parafie. Zajmuje się tym przede wszystkim biskup pomocniczy diecezji charkowsko-zaporoskiej Jan Sobiło. To on dzisiaj jest na terenach, gdzie toczy się wojna. Ponadto Caritas Polska wsparła nas w organizacji letniego wypoczynku dla dzieci.

Czy Kościół rzymskokatolicki – podobnie jak Ukraiński Kościół Greckokatolicki – również organizuje zbiórki na rzecz ochotników chcących walczyć na wschodniej Ukrainie?

– Staramy się wspomagać, organizując zbiórki po parafiach. Zbieramy pieniądze na rzecz tych, którzy z danej miejscowości chcą wyjechać na wojnę. Dostaliśmy nawet listę takiego wyposażenia. Wojskowy komplet kosztuje 350 euro. Kościół rzymskokatolicki w pełni wspiera tę akcję.

Czy jest zapotrzebowanie na kapelanów wojskowych?

– Na dzień dzisiejszy trzeba stwierdzić, że nie. Powodem tego może być fakt, iż nie ma tam zbyt wielu żołnierzy należących do naszego Kościoła.

Kościół rzymskokatolicki prowadzi też szeroką akcję pomocy wobec uciekinierów ze wschodniej Ukrainy?

– W czasie wakacji przyjęliśmy dużą grupę dzieci z tamtych rejonów. Obecnie w kilku parafiach mamy pod opieką uciekinierów. Gościmy ich na prośbę lokalnych władz. Na zachodniej Ukrainie nie kryto obaw, czy wśród uciekinierów nie znajdą się terroryści. Stąd postanowiono, aby zaopiekować się tylko rodzinami z dziećmi.

Czy widzi Ksiądz Arcybiskup jakieś rozwiązanie dla obecnej sytuacji? Co byłoby najlepsze dla Ukrainy?

– Przede wszystkim najlepsza byłaby maksymalna niezależność od Rosji. Ponadto powinny być przywrócone dotychczasowe granice ukraińskiego państwa i możliwość samostanowienia o swoim losie. Jestem przekonany, że jedynie taki stan jest słuszny i prawdziwy.

Czy pomoc Zachodu i Polski dla Ukrainy jest wystarczająca?

– Jak już mówiłem, dotychczas ze strony Polski otrzymaliśmy znaczącą pomoc ze strony archidiecezji katowickiej i miasta Katowice. Szkoda, że nie było jakiejś kolejnej ogólnopolskiej akcji pomocy choćby ze strony Caritas Polska. Zdajemy sobie sprawę, że w Polsce jest wiele potrzeb, ale widzimy również, jak bardzo potrzebna jest zewnętrzna pomoc chociażby dla dzieci, które rozpoczęły rok szkolny. Tym bardziej że wiele z nich pochodzi z rodzin uciekinierów ze wschodniej części kraju. Tym rodzinom kończą się środki do życia, a znalezienie pracy w naszym regionie graniczy z cudem.

Czy w pomoc zaangażowały się polskie diecezje, parafie, zakony?

– Niestety pomoc humanitarna jest bardzo ograniczona. Nie ma odpowiednich umów międzypaństwowych. Ich brak powoduje, że np. nie można przekazywać żywności i leków. Jednak księża z Polski sami organizują na miarę swoich możliwości małe transporty z najbardziej niezbędnymi rzeczami. Trzeba też stwierdzić, że strona ukraińska nie prosiła oficjalnie o pomoc.

Jeśli rodzi się inicjatywa, to wychodzi ona od organizacji pozarządowych. Inna sprawa, że nie zawsze dobra inicjatywa udaje się i nie jest to spowodowane złą wolą z naszej strony. Przypomnę niezbyt udaną inicjatywę Poczty Polskiej – paczka „DLA UKRAINY”. Z ponad 25 tys. paczek tylko niewielka część trafiła do adresatów. Wiele z nich zostało zatrzymanych w urzędach celnych lub ukradzionych. W sumie jednak wszystkie trafiły na Ukrainę, a że nie do właściwych odbiorców – to już inna sprawa. W obecnej sytuacji chyba najlepsze są ofiary pieniężne.

Może dobrym pomysłem byłyby partnerstwa parafii, tak jak to miało miejsce podczas stanu wojennego w Polsce?

– Myślę, że jest to również doskonały pomysł. Gdyby jakaś parafia w Polsce zdeklarowała na rzecz parafii na Ukrainie pewną sumę, np. 100 euro miesięcznie – byłaby to znacząca pomoc. U nas mamy ok. 2 tys. parafii, a w Polsce jest ich ponad 10 tys. Gdyby co piąta zdeklarowała swoją pomoc, to już byłoby wspaniale.

Byliśmy świadkami pięknej uroczystości przekazania przez młodzież z Łotwy swoim rówieśnikom z Ukrainy symboli Światowych Dni Młodzieży (ŚDM): krzyż i ikonę Matki Bożej Salus Populi Romani. Przy tej okazji nie sposób nie zapytać o sytuację młodych ludzi na Ukrainie; z tego, co się słyszy, większość chce wyemigrować…

– Niestety sytuacja młodzieży ukraińskiej jest dramatyczna. Weźmy przykład z naszego katolickiego podwórka. Młodzi ludzie otrzymują stypendia i wyjeżdżają za granicę. Wielu z nich nie chce już wracać. Masowo wyjeżdżają także do pracy, co bardzo osłabia nie tylko nasz Kościół łaciński, ale i polską mniejszość. Możemy się zatem już poważnie obawiać o naszą przyszłość. Jeśli ktoś otrzyma dobrą i stałą pracę, to zaraz wyjeżdża za nim cała rodzina. Z drugiej strony, kiedy na miejscu brakuje pracy, to emigracja zarobkowa jest czymś normalnym i trudno się jej dziwić. Młodzi ludzie szukają bardziej godnego życia i mają do tego prawo.

Emigracja zmienia dynamicznie sytuację Kościoła rzymskokatolickiego, ale też odwiedzając kościoły, zauważyliśmy, że znacznie więcej używa się w nich języka ukraińskiego…

– Od trzech lat mamy już w lwowskiej katedrze niedzielną Mszę św. w języku ukraińskim, a od dwóch lat odprawiamy Eucharystię raz dziennie w tym języku. To, że język ukraiński coraz bardziej jest obecny w liturgii, jest zrozumiałe, gdyż młode pokolenie zna słabo lub w ogóle nie zna języka polskiego. W rodzinach nie mówi się po polsku, a w swoim środowisku młodzi mówią tylko w języku ukraińskim, który jest językiem ich serca.

W naszym seminarium duchownym większość wykładów jest po polsku, ale klerycy i tak rozmawiają między sobą po ukraińsku. Sam staram się wygłaszać kazania w obu językach, pół na pół. Ale już niedługo chyba będę je głosił tylko po ukraińsku. Sprawa języka jest znakiem czasu i trzeba głosić Ewangelię językiem zrozumiałym dla wszystkich, a takim jest język ukraiński. Oczywiście są rejony, gdzie jeszcze liturgia w całości jest po polsku, ale w skali całej Ukrainy jest to niewielki procent. Zazwyczaj są to tereny przygraniczne, gdzie mieszka duża liczba Polaków.

Sytuacja wojny i zagrożenia zbliża i konsoliduje społeczeństwo. Czy można mówić także o zbliżeniu międzywyznaniowym i międzyreligijnym?

– Na pewno obecna sytuacja zbliżyła ludzi na Ukrainie, w tym wiernych różnych wyznań i religii. Niestety nie zbliżyła kapłanów i hierarchii. Nie doszło między nami do głębszego porozumienia, organizowania wspólnych akcji, nie mamy wspólnych celów. Z tego powodu bardzo ubolewamy. Z hierarchią Kościoła greckokatolickiego spotykamy się od 2007 r. raz w roku, mamy wspólne rekolekcje, ale niestety na tym się kończy.

Na przykład nie odprawiamy wspólnie Drogi Krzyżowej, na którą są zapraszane miejscowe władze, a my nie. My zapraszamy grekokatolików na wszystkie nasze uroczystości, ale z ich strony nie otrzymujemy zaproszeń. Wierni greckokatoliccy chcieliby naszej obecności, ale przez duchowieństwo nie jesteśmy mile widziani. Z drugiej strony wielu grekokatolików przychodzi do nas na nabożeństwa i z tego się cieszymy.

A jak wyglądają teraz relacje z władzami?

– Są to poprawne relacje dyplomatyczne. Nie mamy problemu z naszą obecnością w przestrzeni publicznej, ale na przykład otrzymanie działki pod budowę kościoła – to już nie wchodzi w grę. Nadal nie oddano nam we Lwowie żadnej świątyni. Kościół pw. św. Marii Magdaleny czy plebania kościoła pw. św. Antoniego są w rękach władz miasta.

Mimo że w sprawie zwrotu plebanii, gdzie obecnie znajduje się szkoła muzyczna, wygraliśmy proces sądowy i wydawałoby się, że wszystko dobrze się ułoży, mer miasta Lwowa zaskarżył ten wyrok do sądu apelacyjnego. A stało się to w lutym br. wtedy, gdy Polska tak wspierała ukraińską rewolucję. Tak też wygląda nasze zbliżenie. Uśmiechamy się, zachowując poprawność polityczną. Liczyliśmy też na większą solidarność ze strony Kościoła greckokatolickiego.

Myśleliśmy, że będą się dzielić z nami prawami, które już wywalczyli dla siebie. Nieraz powtarzałem, że dzięki swojej sile powinni być dla nas mocnym oparciem. Wasza siła jest naszą siłą, mówiłem. Niestety tak się nie stało. Nadal uważani jesteśmy za Kościół polski, a to nieprawda. Gdy będziemy razem się trzymać, to i konflikty istniejące między nami łatwiej da się przezwyciężyć, a władze inaczej będą nas traktować.

Nadal prosimy o zwrot kościoła seminaryjnego obok naszej kurii i nic się nie dzieje w tej sprawie. Jeszcze bardziej absurdalna sytuacja ma miejsce w Komarnie, gdzie grekokatolicy odprawiają w niedzielę Msze św. raz w kościele rzymskokatolickim, a raz w cerkwi, tylko dlatego, aby nie oddać nam świątyni. A my jesteśmy zmuszeni odprawiać Mszę św. w maleńkiej kaplicy cmentarnej.

Czy obecna sytuacja wojny znacząco wpływa na życie codzienne Kościoła łacińskiego?

– Jak najbardziej. Od maja tego roku do naszego domu pielgrzyma w Brzuchowicach, gdzie znajduje się też nasze seminarium duchowne, przyjechały zaledwie trzy pielgrzymki. Z powodu wojny ludzie się boją. Nie wiem, jak to dalej będzie, tym bardziej że jest już prawie gotowy kolejny budynek, z miejscami dla stu osób i salami konferencyjnymi. Przy tej okazji chcę powiedzieć, że na zachodniej Ukrainie panuje spokój i nie ma żadnego zagrożenia, dlatego zapraszamy wszystkich, aby nas odwiedzali. Będzie to dla nas wielkie wsparcie i wyraz solidarności.

Czego najbardziej oczekujecie od Kościoła w Polsce?

– Przede wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni Kościołowi katolickiemu w Polsce za dotychczasową pomoc i solidarność, za kapłanów, siostry zakonne oraz za wsparcie materialne. Pragnęlibyśmy, aby o nas nadal pamiętano i wspierano naszych wiernych, którzy w większości mają polskie korzenie. To oni zachowują dziedzictwo kultury polskiej i chrześcijańskiej na Kresach.

Z abp. Mieczysławem Mokrzyckim rozmawiali Krzysztof Tomasik i Marcin Przeciszewski

Tekst pochodzi z Wiadomości KAI