Ołtarze całopalne w Warszawie

stos ofiarny I-001

Protokół przesłuchania świadka

15 IX 1949 w Warszawie Członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, mgr Norbert Szuman, działając na mocy dekretu z 10 XI 1945 (DzURP, nr 51, poz. 293), przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka bez przysięgi, z udziałem A. Janowskiego jako protokolanta.

Po uprzedzeniu świadka o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania i o treści art. 107 i 115 kpk. świadek zeznał, co następuje:

Imię i nazwisko: Szczepan Grudzień,
Data i miejsce urodzenia: 22 XII 1904 w Łaskarzewie pow. Garwolin,
Imiona rodziców: Onufry i Weronika z d. Załęczna,
Zawód ojca: leśniczy,
Przynależn. państw. i narod. polska,
Wyznanie: rzymskokatolickie,
Wykształcenie: IV oddziały szkoły powszechnej,
Zawód: robotnik placowy,
Miejsce zamieszkania: Warszawa, ul. Grójecka 204 m. 1,
Karalność: nie karany.

Wybuch powstania warszawskiego zastał mnie w mieście na placu Unii Lubelskiej. Wobec rozpoczęcia strzelaniny schroniłem się do bramy domu przy ulicy Bagatela 11. W bramie i na podwórzu leżało dwóch zabitych Niemców. W domu tym byli powstańcy, którzy zresztą wkrótce z domu wycofali się. Po chwili do domu, w którym się schroniłem, wkroczyło sześciu esesmanów, którzy całą ludność domu wyprowadzili na podwórze. Mężczyźni zostali ustawieni pod ścianą domu, ja w ich liczbie. Bojąc się rozstrzelania, skoczyłem do piwnicy razem z nieznanym mi mężczyzną z Bydgoszczy. Piwnicami przedostaliśmy się do domu sąsiedniego – Bagatela 13. Dom Bagatela 11 został tego samego dnia, to jest 1 sierpnia wieczorem podpalony po wyprowadzeniu przez Niemców ludności. W nocy z 1 na 2 sierpnia dostał się do domu Bagatela 13 jakiś nieznany mi mieszkaniec domu Bagatela 11, który mówił, że wszyscy wyprowadzeni z Bagatela 11 mieszkańcy zostali rozstrzelani w ogródku jordanowskim przy ul. Bagatela róg Alei Ujazdowskich. Rzeczywiście 2 sierpnia rano – z mieszkania na czwartym piętrze przy ulicy Bagatela 13 widziałem, jak żołnierze niemieccy rozstrzeliwują ludność cywilną.

Na środku ogródka jordanowskiego płonął duży stos, na którym jak widziałem, spalano zwłoki rozstrzelanych. Na tle domu stojącego prostopadle do Alei Ujazdowskich, stała grupa około trzydziestu mężczyzn w ubraniach, którzy byli przez czterech żołnierzy niemieckich rozstrzeliwani strzałem w tył głowy. Ściana domu, na tle której rozstrzeliwano, była opryskana krwią. Zwłoki rozstrzelanych były zaraz po egzekucji wrzucane na płonący stos. Paleniem zajmowała się grupa mężczyzn w ubraniach więziennych. Cały teren miejsca egzekucji był obstawiony przez uzbrojonych Niemców. Po rozstrzelaniu i wrzuceniu do ognia jednej grupy przyprowadzano z głębi z kierunku alei Szucha następną grupę skazańców. Przerwa między egzekucjami trwała pół godziny, godzinę, rozstrzeliwano grupy od trzydziestu mniej więcej do około stu osób. Przez pierwsze dni widziałem, że rozstrzeliwano także kobiety, zresztą w osobnych grupach, natomiast nie zauważyłem rozstrzeliwania małych dzieci, choć zaobserwowałem wypadki rozstrzeliwania chłopców – tak na oko sądząc – kilkunastoletnich. Egzekucje obserwowałem dzień po dniu. Bodaj na trzeci dzień zauważyłem, że skazańcy musieli się rozbierać przed rozstrzeliwaniem. Po egzekucji widziałem, że Niemcy grzebią w ubraniach swych ofiar i jakieś znalezione przedmioty zabierają sobie. Mam wrażenie, że początkowo ubrania rozstrzeliwanych były też spalane.

Jak już mówiłem, egzekucje trwały dzień w dzień. Do soboty egzekucje trwały od rana do wieczora (mówiąc sobota mam na myśli dzień 5 sierpnia).

W sobotę 5 sierpnia około godziny 15 do naszego domu i sąsiedniego, to jest Bagatela 13 i 15, weszli żołnierze niemieccy i Ukraińcy. Mieszkańcy zostali wezwani pod groźbą rozstrzelania do opuszczenia domów. Wszyscy poza mną, Henrykiem Baranowskim, Stefanem Stelmańskim, dozorcą domu i jeszcze jakimś nie znanym mi mężczyzną zostali wyprowadzeni. Nasza natomiast grupa pięciu mężczyzn ukryła się w piwnicach. Oba domy, to jest Bagatela 13 i 15 zostały tego samego dnia, to jest 5 sierpnia podpalone. W piwnicy ukrywaliśmy się dwa do trzech dni. W międzyczasie dozorca i jego znajomy ukryli się osobno czy odeszli, dość że zostaliśmy już we trzech – to jest ja, Baranowski i Stelmański. Po dwóch czy trzech dniach ukrywania się w piwnicy, korzystając z tego, że dom się już nie palił, przenieśliśmy się w trójkę na strych domu przy Bagateli 13. Na strychu byłem do 14 stycznia 1945 roku. Baranowski i Stelmański zostali tam aż do 17 stycznia, to jest do momentu oswobodzenia Warszawy.

Mam wrażenie, że na strychu ulokowaliśmy się mniej więcej 8 sierpnia. Tego samego dnia wznowiliśmy obserwację terenu egzekucji, to jest ogródka jordanowskiego. Zauważyliśmy, że Niemcy nie spalają już zwłok ofiar na terenie ogródka, lecz w wypalonym skrzydle domu przy Alejach Ujazdowskich. Skazańcy ustawieni w szeregu stali na tle tego domu, mieli się rozbierać, rzędami podchodzić do ściany domu i położyć się. Niemcy rozstrzeliwali pojedynczo. Po wystrzelaniu jednego rzędu podchodził następny – aż do wystrzelania całej grupy. Potem więźniowie zwłoki rozstrzelanych wrzucali na palenisko, mieszczące się wewnątrz spalonego gmachu.

Zauważyłem jednak, że rozstrzeliwania nie miały wtedy, to jest od mniej więcej 8 sierpnia, już tak masowego charakteru jak w pierwszych dniach mej obserwacji, to jest do 5 sierpnia. Wtedy rozstrzeliwano grupę za grupą – można powiedzieć, że kilkanaście takich grup dziennie, teraz, to jest po 8 sierpnia rozstrzeliwano dziennie jedną, dwie kilkudziesięcioosobowe grupy, nieraz nawet po jedno-, dwudniowej przerwie. Teraz rozstrzeliwano już samych mężczyzn. Zauważyłem też, że ubrań już nie palono, co z nimi robiono, nie widziałem, bo pole widzenia miałem częściowo zasłonięte przez domy po parzystej stronie ulicy Bagatela. Mniej więcej koło połowy września, daty nie potrafię dokładnie określić, rozstrzeliwania przybrały znów na sile. Trwało to jakieś dwa-trzy dni. Rozstrzeliwano znowu mężczyzn, którzy przed egzekucją musieli się jak zwykle rozbierać. Potem egzekucje znów zmalały, by zupełnie ustać mniej więcej na przełomie września i października. Potem było już spokojnie. Nadal jednak widzieliśmy akcję palenia całych osiedli, widzieliśmy i słyszeliśmy wysadzanie domów w powietrze. Niemcy do naszego domu raczej nie zaglądali – raz tylko, było to, pamiętam, 1 listopada (mieliśmy kalendarz, stąd mogę podać datę) zajechali do naszego domu dwoma wozami konnymi i przez kilka dni wywozili rzeczy. My na strychu czuliśmy się stosunkowo bezpiecznie – dojścia na strych zarwaliśmy względnie zasypaliśmy gruzem, zgromadziliśmy zapas żywności z mieszkań opuszczonych, który miał wystarczyć nam aż do marca, wodę czerpaliśmy początkowo z wanien, zimą uzyskiwaliśmy ją przez topienie śniegu. Mieliśmy nawet na strychu piecyk, w którym paliliśmy w nocy i przygotowywaliśmy sobie ciepłe jedzenie.

Przy końcu listopada zauważyliśmy, że z kierunku ulicy Rakowieckiej Niemcy prowadzą grupy mężczyzn pod eskortą. Zorientowaliśmy się, potem wobec stałego powtarzania się tej sceny, że ludzie ci używani byli do robót. Do jednej z takich grup roboczych, idącej 14 stycznia 1945 od strony Belwederu na robotę na Polu Mokotowskim, zdołałem się wkręcić, motywując swoje dołączenie się zagubieniem własnej grupy. Po dniu pracy odprowadzono nas do Włoch. We Włochach ukrywałem się do 17 stycznia, kiedy to korzystając z oswobodzenia Warszawy, wróciłem na Bagatelę. Baranowski i Stelmański właśnie opuszczali swą kryjówkę, zorientowawszy się w nowej sytuacji. Rozeszliśmy się jednak wtedy i więcej już ich nie spotkałem.

Tak jak się orientuje, obaj byli ukrywającymi się Żydami, ale kennkarty mieli wystawione na nazwiska Baranowski i Stelmański. Henryk Baranowski, mówiący o sobie inżynier chemii, miałby dziś około czterdziestu lat, Stefan Stelmański, podobno doktor, był starszy – miałby dziś ponad sześćdziesiąt lat. Baranowski mieszkał do powstania w Milanówku u ogrodnika Wiśniewskiego w willi „Warszawianka”.

W sierpniu tego roku, to jest 1949 roku, byłem w Milanówku i dowiedziałem się, że Stelmański i Baranowski jeszcze w 1945 roku wyjechali na tereny Polski zachodniej w nieznanym kierunku.

Na tym protokół zakończono i odczytano.

Protokół przesłuchania świadka

Warszawa, dnia 21 V 1948 r. Członek Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Warszawie, Sędzia Grodzki Halina Wereńko, działając na mocy dekretu z 10 XI 1945 r. (DzURP, nr 51, poz. 293), przesłuchała niżej wymienionego w charakterze świadka bez przysięgi. Po uprzedzeniu świadka o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznanie i o treści art. 107 i 115 kpk. świadek zeznał, co następuje:

Imię i nazwisko: Michał Roszczyk,
Data urodzenia: 12 IX 1902 r. w Warszawie,
Imiona rodziców: Adam i Marianna z d. Wojciechowska,
Wyznanie: rzymskokatolickie,
Przynależność państw. i nar. polska,
Wykształcenie: III kl. gimnazjum,
Zawód: podmajstrzy murarski,
Miejsce zamieszkania: Warszawa, ul. Podchorążych 4.

Wybuch powstania warszawskiego 1944 roku zastał mnie w mieszkaniu przy ulicy Nowosieleckiej 2 w Warszawie.

W dniu 1 sierpnia 1944 roku powstańcy zaatakowali Stację Pomp przy ulicy Czerniakowskiej 224 od strony Siekierek. W akcji zginął mój syn Tadeusz urodzony 1924 roku. Atak nie powiódł się i w dniu 2 sierpnia 1944 roku powstańcy z Czerniakowa wycofali się przez Siekierki do Sadyby. Jaki oddział powstańczy prowadził akcję na naszym terenie, tego nie wiem.

W następnych tygodniach powstańcy byli za ulicą Łazienkowską i Przemysłową z jednej strony, na terenie Sadyby z drugiej strony. Teren Siekierek i okolice ulicy Czerniakowskiej zajmowały oddziały niemieckie. Były zgrupowane w Łazienkach, na Stacji Pomp i przechodziły przez Siekierki. Jakie to były oddziały, tego nie wiem. W dniu 23 sierpnia 1944 roku oddziały SA (w żółtych mundurach z oznaką SA na ramieniu) obstawiły ulicę Czerniakowską i ulice okoliczne. Około godziny 10 z dwoma synami i żoną uciekłem do domu przy ulicy Gościniec 49. Około godziny 13 przyszli tu Niemcy, esamani, mężczyzn zaprowadzano razem ze mną do szkoły przy ul. Gościniec 53 i w grupie ponad stu mężczyzn wyprowadzono. Syna mego Mieczysława Michała, urodzonego 1925 roku, żonę Zofię z kobietami i synem Edwardem urodzonym w 1932 roku zabrano wieczorem, odprowadzono na Dworzec Zachodni, wysłano przez obóz przejściowy w Pruszkowie do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Naszą grupę koło Stacji Pomp przy ulicy Czerniakowskiej przeprowadzono na podwórze domu nr 25 przy alei Szucha. Tu grupę naszą przejęło SD. Kazano ustawić się osobno mężczyznom z Siekierek i z miasta. W tym momencie przybył esdeman i zażądał murarzy. Zgłosiło się kilkunastu, esdeman wybrał na oko mnie, zabrał mi dokumenty i odprowadził do GISZ-u przy alei Szucha 12/14. Co się stało z pozostałymi mężczyznami, nie wiem, wiem tylko, iż część osób z tej grupy odnalazła się później, była wywieziona do Niemiec, część zginęła bez wieści. W następnej grupie z Siekierek między innymi był przyprowadzony mój syn Mieczysław i on także zginął. Mnie esdeman zaprowadził do drugiego skrzydła budynku GISZ-u, licząc od ogródka jordanowskiego. Pracowałem w tym budynku i na podwórzu razem z Janem Madejakiem, murarzem zatrudnionym w GISZ-u od 19 sierpnia 1944 roku, kiedy to przyprowadzono go z ludnością cywilną z ulicy Czerniakowskiej. Nocowaliśmy, w piwnicy budynku położonej na rogu budynku od podwórza przylegającego do skrzydła przy ogródku jordanowskim, razem z rzeźnikiem Józefem Świderskim. Zaraz po przybyciu zobaczyłem, iż skrzydło budynku GISZ-u, przylegające do ogródka jordanowskiego, jest zrujnowane od góry, stały tylko ściany, dachu nie było. Budynek ten widziałem zawsze tylko od strony podwórza. W ogródku jordanowskim nie byłem. Do budynku było wejście pośrodku podwórza przez deski z poprzecznikiem przystawione do okna wysokiego parteru.

W dniu 23 sierpnia 1944 roku wieczorem znajdowałem się z Madejakiem w piwnicy, gdzie mieliśmy nocować. Świderskiego zabrał Niemiec do pracy. Około godziny 19-20, gdy było już szaro, przez okna wychodzące na podwórze w kierunku wejścia przez deski przystawione do okna wysokiego parteru esdemani przyprowadzili grupę około trzydziestu mężczyzn z ludności cywilnej w różnym wieku. Następnie przyprowadzono grupy w sumie około stu mężczyzn w różnym wieku. W pewnym momencie przyszedł do piwnicy kierownik gospodarczy, Schweizer, i zakrył okienko. Po chwili posłyszałem wrzaski, wycie, śmiechy oraz równocześnie komendę w języku polskim „rozebrać się” – wołanie o litość, salwy z ręcznych karabinów maszynowych. Potem komendę „wstać”, „ubrać się” i znów „rozbierać się”, „położyć się”, salwy. Powtórzyło się to kilka razy. Następowała przerwa i znów padały strzały. Takie wrzaski trwały do późnej nocy. Momentu przeprowadzenia deskami do zrujnowanego budynku nie widziałem.

Nazajutrz w dniu 24 sierpnia 1944 roku zaczęliśmy z Madejakiem odnawiać piwnicę, w której nocowaliśmy, i piwnicę sąsiednią. O godzinie 7 rano przez okno wychodzące na podwórze widziałem, jak esdemani przyprowadzili grupę mężczyzn z ludności cywilnej. Pośrodku podwórza kazali mężczyznom zdejmować ubranie i rozebranym pojedynczo wchodzić po deskach przez okno parteru do zrujnowanego budynku. Po wejściu grupy do budynku słyszałem salwę z ręcznych karabinów maszynowych. Po salwie żaden z mężczyzn rozebranych nie wychodził. Wychodzili dwaj esdemani i zaraz wchodziła nowa grupa mężczyzn z ludności cywilnej bez ubrań, a za nimi esdeman. Cały stos ubrań, czapek i butów leżał pod ścianą zrujnowanego budynku za deskami przystawionymi do okna po stronie alei Szucha. Ilu mężczyzn wtedy rozstrzelano, dokładnie nie mogę określić, przyprowadzano grupy po około trzydziestu mężczyzn, ile takich grup przyprowadzono, nie wiem dokładnie, zauważyłem ich trzy do czterech. Żadnego z doprowadzonych nie rozpoznałem. Egzekucja trwała do godziny 11. Mężczyźni rozebrani schodzili do zrujnowanego budynku i dwaj esdemani uzbrojeni w ręczne karabiny maszynowe. Nazwisk ich nie znam, lecz obu mógłbym rozpoznać. Domyślałem się, a inni robotnicy na terenie GISZ-u także mówili, iż ci dwaj esdemani zawsze dokonywali mordów. Później w Sochaczewie pewien volksdeutsch mówił mi, iż jeden z nich był Niemcem. Był to wysoki mężczyzna wzrostu około 2 metrów, dobrze zbudowany, o twarzy czerwonej, ciemny blondyn, lat trzydzieści kilka. Jakiej narodowości był drugi, nie wiem, był on wzrostu 175, ciemny blondyn, o twarzy czerwonej w wieku lat trzydziestu kilku. Ci esdemani mieli do pomocy grupę około piętnastu więźniów z obozu pracy przy ulicy Litewskiej, gdzie przebywali jeszcze przed powstaniem. Chodzili rozmaicie ubrani. W tym czasie grupa była pomieszczona w alei Szucha 25 w celi, w tak zwanych „tramwajach”. Nazwisk więźniów nie znałem, wiem tylko, iż byli to Polacy.

Wieczorem 24 sierpnia 1944 roku, przebywając w piwnicy, gdzie nocowaliśmy, słyszałem na podwórzu tak jak poprzedniego wieczoru krzyki, komendę „rozbierać się”, „kłaść się”, salwy powtórzono kilka razy. Sam oknem nie wyglądałem, lecz Świderski widział przez szparę w oknie, iż tak jak poprzedniego wieczoru przyprowadzono mężczyzn z ludności cywilnej i wprowadzono do zrujnowanego budynku GISZ-u, gdzie jak domyślaliśmy się, ich rozstrzeliwano.

Nazajutrz w dniu 25 sierpnia 1944 roku widziałem, iż deskami przystawionymi do okna parteru zrujnowanego budynku wchodzili esdemani, którzy w poprzednich dniach wprowadzali grupy mężczyzn na egzekucję oraz grupę więźniów z obozu przy ulicy Litewskiej, którą trzymano w „tramwaju” (celi) przy alei Szucha 25. Więźniowie uwijali się, wnosili drzewo i słomę po deskach, a potem widziałem dym unoszący się ze środka zrujnowanego budynku. Czuć było także charakterystyczny zapach palonych zwłok. Dym widziałem kilka dni (cztery do pięciu) i w tym czasie nie widziałem, by doprowadzano grupy z ludności cywilnej. Po czterech, pięciu dniach, daty nie pamiętam, rano przez okno piwnicy, gdzie nocowaliśmy, zobaczyłem, iż esdemani doprowadzili na środek podwórza przy zrujnowanym budynku GISZ-u grupę około trzydziestu do czterdziestu mężczyzn z ludności cywilnej. Koło desek przystawionych do okna kazano im się rozbierać i rozebranych wprowadzono do budynku. Ci sami esdemani, których już widziałem 23 i 24 sierpnia 1944 roku i o których mówiono, iż dokonują mordów, wprowadzili mężczyzn pojedynczo, następnie słyszałem serię strzałów. Ile grup doprowadzono, nie zauważyłem, w każdym razie było ich kilka. Strzały trwały godzinę. W tym czasie przeszedłem na pierwsze piętro do pracy i nie mogłem stale wyglądać na podwórze. Widziałem tylko, iż więźniowie z „tramwaju” zabrali ubrania spod ściany zrujnowanego budynku na podwórzu na dwie platformy. Następnie widziałem dym, czułem zapach spalenizny. Zorientowałem się, iż palą zwłoki.

Po pewnym czasie, daty nie pamiętam, lecz około 15 września 1944 roku wieczorem widziałem znów przez okno w piwnicy egzekucję mężczyzn. Tym razem wprowadzono mężczyzn rozebranych do zrujnowanego budynku w spokoju. Ilu mężczyzn rozstrzelano, nie umiem określić. Skąd byli przyprowadzeni, nie wiem. Oprócz grup doprowadzonych na rozstrzelanie, które widziałem, mogły być doprowadzone także inne, pracując mogłem nie zauważyć. Z Niemców przebywających na terenie GISZ-u zapamiętałem Schweizera, kierownika gospodarczego, który zarządzał naszymi pracami, jego zwierzchnika Bindernagiela (miał rangę odpowiadającą randze naszego starszego sierżanta), Niemca Krondschmidta (rangi odpowiadającej naszemu plutonowemu) był on majstrem budowlanym w Sochaczewie. Daty nie pamiętam, we wrześniu 4 czy 5 dnia, gdy wyjeżdżała z Warszawy przedostatnia i większa grupa esdemanów, Schweizer przyprowadził mnie i Madejaka do zrujnowanego budynku GISZ-u, weszliśmy przez budynek od strony Alei Ujazdowskich. Zobaczyłem wtedy, iż całe skrzydło GISZ-u przylegające do ogródka jordanowskiego jest zrujnowane, nie ma dachu ani ścian wewnętrznych. Pośrodku budynku zobaczyłem ułożone na wysokości około 1,20 m szyny żelazne, ułożone, jak się obecnie orientuję, nad wybitą podłogą do kanału centralnego ogrzewania. Szyny stanowiły palenisko długości wzrostu człowieka. Nie zauważyłem wtedy, na czym po bokach szyny się opierały. Pod ścianą w głębi (bliżej Alei Ujazdowskich) stały beczki ze smołą. Na szynach leżało drzewo, słoma pod paleniskiem. Zabraliśmy wtedy z budynku beczki ze smołą. W dniu wyjazdu większej i ostatniej grupy esdemanów z Warszawy we wrześniu 1944 roku, daty nie pamiętam, rano około godziny 7 widziałem, jak esdemani wprowadzili do zrujnowanego budynku grupę więźniów z obozu przy ulicy Litewskiej, która mieszkała w „tramwaju” przy alei Szucha 25, tych samych, którzy byli w dyspozycji esdemanów dokonujących mordów. Więźniów było około piętnastu, żaden z nich nie wyszedł i żadnego z nich więcej nie spotkałem. Oprócz tych więźniów wprowadzono jeszcze cztery grupy mężczyzn zatrudnionych przez esdemanów. Wielu z nich znałem z widzenia.

W końcu września 1944 roku Krondszmidt zabrał mnie i Madejaka samochodem do wsi Kompina, pomiędzy Sochaczewem a Łowiczem. Tutaj esdemani ci sami zatrudniali nas. Przez cały czas pracy u Niemców Madejak, Świderski i ja byliśmy zapisani jako więźniowie obozu przy ulicy Litewskiej, jakkolwiek nigdy w obozie nie mieszkaliśmy. W styczniu 1945 roku uciekłem.

Na tym protokół zakończono i odczytano.

(–) Michał Roszczyk

Członek Okręgowej Komisji
Sędzia Grodzki
(–) Halina Wereńko

Podczas prac ekshumacyjnych prowadzonych po zakończeniu wojny, pracownicy Polskiego Czerwonego Krzyża i Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich odnaleźli w piwnicach GISZ prochy ludzkie. Zostały one umieszczone w 76 trumnach i pogrzebane na Cmentarzu Powstańców Warszawy. Autorom opracowania Powstanie Warszawskie – rejestr miejsc i faktów zbrodni udało się ustalić nazwiska zaledwie 38 osób zamordowanych w trakcie egzekucji w „dzielnicy policyjnej”.

Urząd Rady Ministrów

Miejsce centralnego ołtarza całopalnego z Polaków w Warszawie. Al. Ujazdowskie 1-3 Warszawa